Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 sierpnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Apostoł z czwartego piętra i inne wiersze

Umrzeć można w dowolnej chwili
na wiele sposobów
Obecnie kilka jest nawet dość modnych
bo śmierć to rozwiązanie niezwykle popularne

Małgorzata Stachowiak

Apostoł z czwartego piętra i inne wiersze

Umrzeć można w dowolnej chwili
na wiele sposobów
Obecnie kilka jest nawet dość modnych
bo śmierć to rozwiązanie niezwykle popularne

Autorka pisze o sobie: Mam na koncie kilkanaście nagród i zbiorków po konkursowych, debiut w piśmie literackim Pro Libris oraz radiową książkę poetycką radia Zachów. Mam nadzieję, że nikt mojej poezji nie odczuje zbyt boleśnie, zawsze można ją odesłać w internetowy niebyt...


O czymś

Właściwie chodzi o to żeby było o czymś
chociaż tak całkiem o czymś nie zawsze się uda
bo może to nieważne
że konie do rzeźni dają się wieźć w milczeniu
za to bardzo śmierdzą
żebym mogła powiedzieć
że boję się śmierci
I może to za mało
że pan Stasiek z dołu
co dał się zlać gaśnicą żeby przyjść na wódkę
(w najlepszych tatuażach jakie miał pod ręką)
sprawniej wychyla plastik niż kolega prawnik
choć jak on nie potrafi cytować Wojaczka
żeby z tego napisać
dobry wiersz o ludziach
A zbyt sentymentalnie
że kot tak domyślnie
oparł łeb na poprzecznie prążkowanym mięśniu
który zaraz pod mostkiem działa mi uparcie
i zawsze nierozważnie i zawsze wbrew woli
żebym mogła się przyznać
a więc się nie przyznam
Bo przecież tak naprawdę

nie ma o czym mówić


Prolog(Sulechów 6:15)

Sulechów 6:15
Pod brudną szmatą świtu
za ścianą
w ciężki, śmierdzący winem sen Kowalczyka
tłucze uparte wiosło wskazówki zegara
za oknem
obok latarni krztuszącej się światłem
Moja Martwa Szkoła
Dwadzieścia lat temu miły blondynek
w kiblu przyczepił pasek od spodni do własnego żalu
Wszystkie dzieci zachwycone bawiły się w samobójstwo
dopóki nie zaczęli nadawać Isaury
kiedyś w pobliżu wykopią
szkielet anioła co nie dopilnował promocji do następnej klasy
i wezmą go za pterodonta
Sulechów 6:30
Budzik strzępi ciszę
Autobus miękko rozcina ostatnie źdźbła mroku
Za ścianą
Kowalczykowa odprawia ceremonię powitania dnia
otwiera okno
wyrzuca wczorajsze pety z popielniczki
wyrzuca z ust pierwszą kurwę
trzaska drzwiami
trzaska w twarz kolejną kurwą czteroletnią córkę...
Za oknem
kończy się agonia latarni
Pod brudną szmatą świtu
zapach szczyn nędzy i straconych złudzeń
bólem głowy budzi miasto
...podobno nawet szkoła zmartwychwstaje o 7:40
wtedy mnie już tu nie ma
cuda są tylko dla wierzących


Jak zawsze

Po stromym garbie podwórka
pan Heniek na krzywych kołach
wspina się po kolejny dzień
w to samo miejsce
jak zawsze
Skrzyżowanie Zielonej i Kruczej
nie tętni życiem
czasem samochód śmiertelnie potrąca
pustą torebkę po różowych landrynkach
pies obsika latarnię
a jesienią liście zaraczonych lip
popełniają zbiorowe samobójstwo
jak zawsze
z przyzwyczajenia zmęczona sąsiadka
rozdepcze pana Heńka
drobnym ściegiem krzywych obcasów
Dzieci ze szkoły
przebiegną po nim bezrozumnym śmiechem
a on jak zawsze
cierpliwie zardzewiałym głosem
wydrapie na powietrzu
Dzień Dobry
Do tylnego światła roweru listonosza


Czterdziesta rocznica ślubu

Wrośli w siebie niewygodnie boleśnie
jak paznokieć w miękkie tworzywo palca

Przy stole odgradzają się od siebie
pachnącym kawą nałogowym milczeniem
Okruchami przeterminowanych uśmiechów
Karmią już tylko gołębie na parapecie za oknem

On przyjaźni się z prowadzącymi dzienniki
Ona z bohaterami telenoweli
wspólny czas emisji nie został przewidziany

Nocą na osobnych transatlantykach
odpływają w ból głowy, kręgosłupa, serca
zostawiając w łazience zbyt lekkie sny
i szczoteczki do czyszczenia wspomnień

Ale gdziekolwiek idą
zawsze noszą ze sobą wspólne czternaście tysięcy dni
jak reumatyzm, nadciśnienie, jak odciski na stopach
gdyby spróbować ich wyleczyć
mogliby umrzeć z miłości


Złota jesień

Co tydzień na dancingu w klubie Złota Jesień
próbuje ogrzać serce
winem Kwiat Jabłoni
pan Wiesiek w garniturze
wskrzeszonym ze strychu
Pani Hela w łazience
chusteczkami Zewa i pozytywnym myśleniem
ratuje własny dekolt
przed odbiciem w lustrze
Pan w muszce przynosi frezje
dla Zosieńki z bufetu
ciepło uśmiechniętej do każdej plamy wątrobowej
rutynowo od osiemnastej do dwudziestej pierwszej
a biedna pani Gienia w za ciasnych pantoflach
ucieka w rzeczywistość
za wieszakiem w szatni
i łzami rozmazuje tani tusz do rzęs
po zmiętych śladach pocałunku
co zbyt mocno
zabolał starością


Możliwe że

Gdybyś mnie kochał
to byłabym ładna
myłabym zęby po każdym posiłku
czytałabym Pawlikowską–Jasnorzewską
a odprysk lakieru na paznokciu
byłby mi katastrofą większą niż Titanic
pewnie nawet codziennie czyściłabym buty
prasowała dżinsy
albo nie
kupowałabym wtedy jedwabne sukienki
i łapała elfy w siatkę na motyle
bo wiesz
Gdybyś mnie kochał
to byłabym kwiatem
delikatnym storczykiem wrosłym w twoje ramię
a tak
to już na zawsze
będę tylko sobą


Między niebem a ziemią

Z okna w kuchni widać kościół
Z okna w pokoju śmietnik
Dwa lokalne monolity
Śmietnik istnieje równolegle do nas
więc pielgrzymuje się do niego częściej
pies tego spod czwórki sika tam na przykład regularnie
a Agata żeby wynieść śmieci zakłada najlepsze ubranie
a kosz opróżnia naśladując gesty
dziewczynek sypiących kwiatki w procesji
kiedy wywożą kontener
pies idzie sikać pod kościół
ale dla Agaty zostaje tylko .....
niezabliźniona pętla pustki
której nie umie nazwać
wszystko przez to że Agata jest nienormalna
i czasem taka śmieszna...
że aż chce się płakać


Śmierć

Umrzeć można w dowolnej chwili
na wiele sposobów
Obecnie kilka jest nawet dość modnych
bo śmierć to rozwiązanie niezwykle popularne
bezpieczne
higieniczne
tanie
Śmierć odcina od nierozsądnych myśli
niezabliźnionych uczuć
niepotrzebnych rozczarowań
Byt słoja z formaliną
może trwać wieczność
albo lat czterdzieści i cztery
albo siedem
i nie ma sensu
doszukiwać się w tym symboliki
Ale bywa też
że całujesz kogoś tak po prostu
bez podtekstów seksualnych
w ciepły policzek
na do widzenia
i zmartwychwstajesz
przez głupią nieuwagę


Okazja

W modnym tygodniku
na stronach od szóstej do dwudziestej
świąteczna wyprzedaż dzieci
W ofercie różne modele
włoski blond albo ciemne
oczka niebieskie zielone piwne
nie ma rudych i grubych
bo kiepsko schodziły
kupujący ma gwarancję
że wszystkie dzieci są made in poland
więc przy okazji wspiera
krajowych producentów
a dla mniej zamożnych
na ostatniej stronie
są starsze modele
bez uśmiechu w wyposażeniu podstawowym
cena jest wyjątkowo atrakcyjna
głównie dlatego
że mają
krótszy termin przydatności


Poczekalnia

Ponad rudymi zaciekami
na ospowatym suficie
grzmot
wykrzykuje proroctwa apokalipsy
ostre i krótkie jak przekleństwa
szyba hipnotycznie spływa
od górnych powiek do dolnych
od górnych do dolnych
Na zawłaszczonym czekaniem
plastikowym siedzeniu
wyostrzają się unieruchomione zmysły
Ktoś za plecami rozmawiał przez telefon
długo i nieszczęśliwie
niedobra miłość pachnie z daleka
plastikiem
zużytych kart telefonicznych
Szczęśliwych Walentynek Życzy Telekomunikacja
A znowu
takie rodzinne wydają się kanapki tamtego grubasa
starannie otulone w biały papier
Udane życie pachnie z bliska
żółtym serem ?
Bezdomny który właśnie wszedł do poczekalni
Pachnie natomiast Brakiem
karty telefonicznej, bułki z serem, mydła
ale to nie przed tym wszyscy tak gwałtownie
odwracają myśli
ani przed posiłkiem skrupulatnie wyjętym z śmietnika
lecz przed zbyt realnie istniejącą przez jego osobę
możliwością czekania
już na zawsze


Hymn do wczoraj

Kiedy byłam dzieckiem
byłam mądra
mówiłam jak dziecko
myślałam jak dziecko
nie dziwiłam się niczemu
nawet tamtej zimowej czapce koleżanki
uszytej z futerka pręgowanego królika
wierzyłam w święte i wieczne prawo do
obdartych kolan
i dwójek z dyktanda
nie trzymałam łez na smyczy
nie zakładałam kagańca słowom
Kiedy byłam dzieckiem
byłam głupia
mówiłam jak dziecko
myślałam jak dziecko
nie wiedziałam że wciąż na nowo
umiera się i zmartwychwstaje
czasami tylko po to by wstąpić do piekła
że można stracić siebie w czyichś ciemnych oczach
a potem się dowiedzieć że jest jakaś żona
że podcięte sumienie
bardziej boli krwawi
niż podcięte żyły
że....
kiedy byłam dzieckiem
mówiłam jak dziecko
myślałam jak dziecko
rozumiałam jak dziecko
Gdy wyzbyłam się tego co dziecięce
Nie zostało nawet tyle
by ocalić
siebie


Pani Renia

W tajemnicy przed mężem
przefarbowała szare dni na platynowo
i każdego ranka
zamknięta w łazience
kolejne chwile zawija w misterny papilot
coraz rzadszej blond nieskończoności
zatrzymuje czas
Wynosi śmieci w spódniczkach
krótszych niż jej imię
maskując brak makijażu dymem z papierosa
w długiej szklanej lufce
obiady gotuje przy opuszczonych żaluzjach
a w soboty przy sznurkach z praniem
kusi koronkową bielizną córki
sąsiada kierowcę
zalotnie gubiąc sztuczna rzęsę
na klapek z marabucim piórkiem
Tylko kiedy jest pełnia
stukając cienkim obcasami w lekki sen podwórka
pani Renia
wymyka się na Gajową
by kupić od cyganek eliksir młodości
destylat zgubionego czasu
potem niewyspana
łyka Acard dwa Isoptiny
i idzie sprzątać szkołę
która od trzydziestu lat
zupełnie się nie zmieniła


Miasteczka

Tylko tu można bezkarnie
oglądać pod mikroskopem
życie sąsiadów
Po twarzach przechodniów
wzrok przesuwać spokojnie
jak po wytartych grzbietach
wyczytanych książek
Na festynach poczuć
smak i zapach kultury
(dziwnie bliski zapachowi piwa)
a wszystko co potrzebne i niepotrzebne do szczęścia
kupić na ruskim bazarze
Zamknąć oczy dzieckiem
Otworzyć staruszkiem
pomiędzy kupowaniem ziemniaków
i codziennej gazety
Tylko tu
można spędzić życie
zupełnie niechcący
Małe miasteczka robią nas na szaro


Jeszcze jest czas

Może lepiej się teraz rozstańmy
zanim stanie się coś
okropnego
Na przykład
odkryjesz
że nie zawsze nosze jedwabną bieliznę
albo twoje brudne skarpetki
to będą już tylko brudne skarpetki
Zanim wszystkie miękkie spojrzenia
i ciepłe słowa
skrzepną i zawisną nam u szyi
obojętnym przyzwyczajeniem
Zanim zrozumiem
że to tylko ten uśmiech Harrisona Forda
Zanim zgadniesz
że wcale nie jestem niezwykła
Zanim
spotkamy się naprawdę
i będzie za późno


Apostoł z czwartego piętra

Sąsiad dużo rozmawia z Bogiem
nawet więcej niż wtedy
gdy pijany leżąc krzyżem sypiał na podwórku
Teraz krzyżem nazywa swój alkoholizm
i nałogowo przyjmuje w domu świadków Jehowy
Może to głupie ale wydawał mi się bardziej wiarygodny
gdy nosił na sinej gębie stygmaty
bliskich spotkań z płytami chodnika
i resztek zestawu zakąsek z Lubuskiej
niż tę maskę Mojżesza
bez górnej jedynki
żal mi trochę
ale nie sąsiada
tylko mój widok z okna
wiele na nim stracił


Koszmar

Nie mogę się obudzić
z tej bezsennej nocy
skóra krwawi po dniu
zdzieranym pumeksem
halogen za oknem
chłoszcze mdłym światłem po twarzy
spóźniony autobus
rozrywa powieki jak pajęczynę
bezdomny patryjarcha o
białej brodzie Mojżesza
trzaskiem pokrywy śmietnika
nawraca na rzeczywistość
Nie mogę się obudzić
Od dwudziestu kilku lat


Miękkie podbrzusze

Skóra nosorożca oddana do pralni
do odbioru będzie dopiero na jutro
teraz trzeba ostrożnie cicho
zacisnąć zęby uważać na gesty
pazury tak miękko wgłębiają się w tkanki

od dwudziestu lat zwijam kręgosłup
by móc ukryć się w muszli ślimaka
ale jeszcze nie teraz

Trzyma mnie w szklanym słoju okna
i kolejne ziarna świtu wciska pod powieki
ból niby do wytrzymania
ale nie pozwala zapomnieć

Zawsze kiedy odsłaniam podbrzusze
On wie

Moja skóra będzie dopiero na jutro
wciąż nie mogę zasłużyć
na Jego obojętność


Tylko poczekaj

Kiedyś założę czerwona sukienkę
taką najczerwieńszą
z rozcięciem aż do
Niemożliwe !
albo nawet do
O matko święta !
i buty na obcasach
wysokich, takich najwyższych jakie można kupić
a potem po spojrzeniach
tych drwiących i tych zdziwionych
i tych wszystkich innych
przyjdę do ciebie
jak angielska królowa
po dywanie z pluszu
dumnie i z podniesiona głową
podniesioną jak nigdy dotąd
i będziesz wiedział
i wszyscy będą wiedzieć
jak ci nie powiem
tak najbardziej niewypowiedzianie
jak tylko potrafię


Sepsa lat trzydziestu

Jestem z Teraz
a to nie jest najtrafniejsze miejsce
Nieuleczalnie choruję na życie
bo Jezus umarł za mnie
Odkąd się o tym dowiedziałam
mam okropne wyrzuty sumienia
chociaż z drugiej strony
przecież mógł najpierw zapytać
Na tym etapie
Powinnam już przynajmniej
na śmierć zapomnieć
albo pokochać na zabój
śmiertelnie się wystraszyć
a przynajmniej chociaż raz
zabójczo wyglądać
Z braku samodzielności
zabijam tylko czas


Alicja

Mała dziewczynka
błądzi po ciemnych pokojach
po purpurowych koralikach łez
tropi ją biały królik
o pustych oczodołach
strach czołem rozsadza komin
dłońmi rozbija okiennice
tajemnica Wypij Mnie
nieostrożnie strącona w Za Późno
czarne szkło
rozpryskuje się w krzyk
Po drugiej stronie lustra
budzi się
Dorosła
koniec
26 sierpnia 2004

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Żart i kara
Paweł Micnas

26 IX 2013

Rosjanie, pełni powagi, jak u Dostojewskiego, potrafią godzinami rozmawiać przy wódce o Bogu i sprawach najważniejszych. Ale to także naród niezwykle dowcipny i właśnie tę żartobliwą część rosyjskiej duszy mamy okazję poznać, czytając translatorski tom Jerzego Czecha.

więcej »

Tęskne wariacje w tonacji bliżej nieokreślonej
Kasia Florkowska

17 IX 2010

Drżącą ręką sięgnęłam za pazuchę umysłu,
Wyłowiłam zakurzone pudełko zapałek.
O kant duszy potarte, migotliwie rozbłysły.
Bladym ciepłem ogrzały me dłonie.

więcej »

Haiku #2
Aleksander Pietraszunas

24 VI 2010

tym samym sercem
lecz w pomiętej skórze
kolejna wiosna

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.