Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 sierpnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Wiersze Miesiąca pl.hum.poezja - lipiec 2004

Zapraszamy do lektury Wierszy Miesiąca grupy pl.hum.poezja, wyselekcjonowanych w lipcu 2004 r. Autorzy: Urszula Wacławczyk, Jacek Filipowicz, Arkadiusz Burda.

Wiersze Miesiąca pl.hum.poezja - lipiec 2004

Zapraszamy do lektury Wierszy Miesiąca grupy pl.hum.poezja, wyselekcjonowanych w lipcu 2004 r. Autorzy: Urszula Wacławczyk, Jacek Filipowicz, Arkadiusz Burda.
Urszula Wacławczyk
ULUNG
Biorę liście w gatunku Czarny Smok (z plantacji
w żółtych górach Yunanu), dwie gliniane czarki,
z białej stali czajniczek; liście jak poczwarki
w piękno grę zaczynają: wynik fermentacji -

napar barwy czerwonej, ciemne aromaty;
na wzór krętych korzeni wyciągają palce
plączą się i panoszą. Siadam na wersalce
już spokojna i robię - pierwszy łyk herbaty.

To jest trochę na wyrost, trochę oszukane
słów tłoczenie w linijki, zamykanie w sonet
- wiara w skarbiec przepastny, w którym braknie monet;

jak korzenie i kwiaty gdy napełniam dzbanek.
Wszystko po to, by wierszem móc przełamać ciszę,
taki trick, że do Ciebie, nie Ty do mnie, piszę.

Jacek Filipowicz
trzecia rano księżyc
diabeł po sąsiedzku
dźwięki okaryny
przegryza pierwszą niedojrzałą papierówką

sen znalazł tych którzy już zasnęli
a ruda siedzi na wiśni
sok poczernił jej piersi
żeby mogła nakarmić bezsenność

nie widać że ruda i piersi nie widać
ale można poczuć cierpki zapach pestek
można dotknąć chłodu otwartej w noc szyby
wyobrazić sobie
że może być ciepła
i że cicho nuci

***

cienie gałązek dzielą ze mną ciało
ciemność głaszcze stopy
łasi się jak tygrys syty łąką świerszczy
liście pieszczą skórę

czy to moje uda ocierane korą czy tylko konary
zmiękczone dotykiem pulsujące lipcem wilgotne od soku
tak drżą i tak pragną

rozgniatane wiśnie

to ja
a to - drzewo

***

tu mokre kamienie progu tu ja
a tam ciemność kalecząca oczy
każde źdźbło podcina ścięgna
nie ma już odwrotu

sięgnę po nią przed pierwszym brzaskiem
zanim drzewo odkryje że jest tylko drzewem
zanim szpaki wezmą co do nich należy
zanim zasnę nie wiedząc co znaczy
zapach soku i potu tuż pod obojczykiem

***

tygrys już odchodzi
to drzewo a to - ja
a to
- znowu nie ja

sprężysta wisienka wymknęła się palcom
skreśliła spadając rozproszoną czerwień
wpadła za horyzont

***

było tylko drzewo i nic oprócz drzewa
diabeł na jabłoni i brylanty w trawie
cztery garście pestek jeden kosmyk włosów
smak gorzkich migdałów moje niewyspanie

Arkadiusz Burda
klezmerzy
wędruję dźwiękiem świętych instrumentów,
wydęte chmury dęte usta w trąbce słońce.
w bębenku dźwięczy dzwonkiem, metalowym
talerzem, struną widnokręgu orszak charyt.

radość kwitnąca i jasność co przytupuje,
tańcząc w dolinie otuliny tej wierzchowej.
przaśny chleb i oliwę do kosza, a polewkę
do garnuszka, mijając terebinty pękate dęby.

popijać z gąsiorka kropelek dżdżu drobinkę,
tworząc wklęsłą tęczę w leśnym prześwicie.
młócąc na klepisku zboże, co szeleszczące
w skocznych skrzypcach, szarych myszkach.

diwy wydobyć aksamitne dźwięki kontrabasu,
w klarnecie basowym przywołać niemodne nuty.
czarnych żuczków muzy, które na poziomkowej
łące wić wianki mają lub będą niegdysiejsze.

rowerem typu ukraina odpłyną wniebowzięte,
w jasne chmury leśne dróżki, w miłość.

Arkadiusz Burda
pieśni wędrowne
pieśni gusanów z górnego karabachu i erewan
są jaskółkami tęsknymi w duduku melancholii,
w skrawkach ze wzgórz - zielonego orientu.
w księgach świętych opiewają serce góry ararat,
dni walki i chwały, i ten kamyk przydrożny
co nikomu nie był potrzebny też przywołują.

metalowy bębenek w którym biały kruk i gołębica,
serafiny nucą pieśń nad pieśniami.
poemat elegie miłosną z czarnego ogrodu,
domu który ma okno z widokiem na miasto.
w którym cherubiny niebiańscy kronikarze
rozdają dojrzałe arbuzy i winogrona darmo.

widziałem jak w przestrzeni stoku noe
na osiołku zmierzał do stóp góry potopu,
by uratować ród ludzki w dniu gniewu.
kobiece łzy urodzą dwie rzeki spośród
czterech rzek edenu, gdy deszcz
noc czterdziestą będzie tłukł o szyby.

myślę że stary brodaty bóg da się udobruchać
i rozjaśni niebo tęczą niemodną.
która ponoć już wierszom nie przystoi,
tak samo jak dziecku pociąganie za kędziory
bujne twojej białej brody.
koniec
28 września 2004

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Żart i kara
Paweł Micnas

26 IX 2013

Rosjanie, pełni powagi, jak u Dostojewskiego, potrafią godzinami rozmawiać przy wódce o Bogu i sprawach najważniejszych. Ale to także naród niezwykle dowcipny i właśnie tę żartobliwą część rosyjskiej duszy mamy okazję poznać, czytając translatorski tom Jerzego Czecha.

więcej »

Tęskne wariacje w tonacji bliżej nieokreślonej
Kasia Florkowska

17 IX 2010

Drżącą ręką sięgnęłam za pazuchę umysłu,
Wyłowiłam zakurzone pudełko zapałek.
O kant duszy potarte, migotliwie rozbłysły.
Bladym ciepłem ogrzały me dłonie.

więcej »

Haiku #2
Aleksander Pietraszunas

24 VI 2010

tym samym sercem
lecz w pomiętej skórze
kolejna wiosna

więcej »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.