Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 16 grudnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Wiersze Miesiąca pl.hum.poezja - maj 2004

Zapraszamy do lektury Wierszy Miesiąca grupy pl.hum.poezja, wyselekcjonowanych w maju 2004 r.

Wiersze Miesiąca pl.hum.poezja - maj 2004

Zapraszamy do lektury Wierszy Miesiąca grupy pl.hum.poezja, wyselekcjonowanych w maju 2004 r.
Po raz kolejny na łamach „Esensji” prezentujemy wiersze pochodzące z grupy dyskusyjnej pl.hum.poezja. W ramach konkursu „Wiersze miesiąca” grupa wybiera najciekawsze utwory zamieszczane następnie na stronie www.grupaphp.com.

Pl.hum.poezja powstała w styczniu 1998 roku, jest pierwszą i do dziś jedyną grupą dyskusyjną o poezji w polskim Usenecie. W 2002 roku w Wydawnictwie RUTA ukazała się książkowa antologia grupy: „p.h.p. wiersze”.

Niniejsza prezentacja obejmuje utwory z maja 2004.

Autorzy: Jacek Filipowicz /wilczysko/; Artur Turski; Elżbieta Lipińska; Arkadiusz Burda; Tomasz Baran; Krzysztof P. Balcerzan; Przemysław Łośko; Michał Kobyliński


Jacek Filipowicz /wilczysko/
canta per me


nie patrz tak na mnie
nie mogę śpiewać aż do końca
listu

miasteczko z czasem
nazwaliśmy invercargill peaks
przypomina texas a miejscami szkocję
trochę sklepów knajpek i pola golfowe
grają emeryci – mają wiele czasu

zanim ocean

pięć kilometrów prawdziwe foki
prawdziwe syreny w niebieskich
okularach homary potwory piach

wskaże południe
- wtedy zasypiają

później nieistotne rozmowy prowadzone stopa łydka udo
kiedy słońce zachodzi nie wiadomo kto kogo trzyma w ramionach
słowo za słowem jestem zdradzana poniżana zostaję królową balu
jutro jest tak samo – chłopcy z kijami proszą o drobne

żadna ze mnie modliszka
powiedziałam mężowi ’nie wyślę’ – skłamałam
- już ci nie zaśpiewam
w sklepie z pamiątkami sprzedają butelki
ocean pół na pół z plażą
na dnie jajeczka syren

nie patrz tak na mnie
zdjęcia się gubią a pamięć --

miasteczko z czasem nazwaliśmy invercargill peaks



Artur Turski
tykwa metafizyczna


morze połyka mnie jak jonasza
wtedy wiem że ciało to rafa ocean to pustynia
pustynia zawsze jest studnią w której sam się sobie przyglądam
na rozgrzanym kamieniu leżąc przodem do boga
czuję na brzuchu słoneczne jaszczurki

a tam za którymś równoleżnikiem
zbieram punkty na benzynowych stacjach
gubię adresy biegnę przez miasto na jednym wdechu
prorokuję drugą stronę ulicy
czekam na krewnych
a krewni wiadomo – są zrobieni z tej samej krwi
i z tych samych fotografii

jeszcze czasami jestem jak gipsowa figurka na duńskich meblach
omiatana ogonami leniwych kotów
wtedy mógłbym się stłuc i sam się sobie przyśnić w całości

koty są spokojne
jakby przywędrowały z tybetu
a mnie morze wypluwa jak jonasza



Elżbieta Lipińska
ubiorek wiecznie zielony, czyli sprawozdanie z krainy rododendronów


słowik nam wieczorem do snu kląska,
a mnie w głowie tawuła japońska.
gdy my w łożu razem, a noc ciemna
mnie wciąż w głowie ułudka wiosenna.

powiesz, że nie dość ci jestem bliska?
zrobię minę, jak odętka wirginijska,
a gdy wciąż cię do czułostek nie przekonam,
krzyknę: precz, ciemiężyco zielona.

a gdy ujrzę, żeś nareszcie już skruszony
odpłyniemy w sen, w rododendrony.




Arkadiusz Burda
voodoo


namalowany tygrys lśnił jak blacha falista
na misternie wgniecionych dachach szeleszcząc
w laterytowych domach pośród palm wiatru i kurzu
drogą w słońce dotkliwą obieżyświat spocony
schłodzone piwo w jednym z barów przydrożnych śnić

w obrazach Celnika Rousseau wyczuwałem świąteczność
niedzielnych poruszeń życie zaczynało się w cieniu
tu jest całkiem inaczej zwyczajniej skwar nieznośny
tropików

minibus do Togo przez checkpointy kontrole paszportu
konieczne jest szczepienie przeciwko żółtej febrze
na malarie preparat Lariam i moskitiera

w Lomé spędzamy czas na gromadzeniu artefaktów
to fetysz podróżny trzy razy szepnąć Ty jesteś
mój podróżny amulet! i wetknąć patyczek by poczuć
potencjał nasionka hebanowca na dobry sen
wzmożony intelekt w strzelistym cieniu baobabu
dwie muszelki kaori na szczęście



Tomasz Baran
Hawana


Nie potrafię wytłumaczyć ci dlaczego
pociąga mnie Kuba, widok Lorki w drzwiach
hotelu Inglaterra, deszcz kładący się na
pozłocony obraz Hawany. Coś takiego

jest w rytmie ziaren, kropli drewna, kajmanie,
w sonach śpiewanych po klubach i w kobiecych,
w miękkich męskich ruchach, że cały przepych
drogich pubów, oddałbyś za noc w Hawanie.

W czarno-białej fotografii Evansa
murzyn w białym garniturze – elegancko,
róg dużej ulicy, spogląda poza kadr.

Pewnie wie, że w jednym z tanich nocnych klubów,
zamroczona słowami pachangi, za szklankę rumu,
parę butów, śpiewa La Estrella



Krzysztof P. Balcerzan
dopełnienie szklanki


usiadłaś dokładnie naprzeciw
były wilgotne jak nosek myszki miki
ty z kłosem pod nosem uśmiechasz się
wąsem złocisto-pszenicznym

wiedziałaś
kiedyś będę smutny
ale dzisiaj nie boję się już niczego
zmężniałem

za mną
gorące kolejowe podkłady
niosły mnie budząc pragnienie

wszystko się już przeżyło
powolny regionalny
zamienił się w pospieszny
następna stacja nad oceanem
gdzie czeka prom
do nowego świata

odwracam się z uśmiechem
co było się spełniło



Przemysław Łośko
majoliki


żeglując po rzece niewielką tratwą dotarliśmy do jej delty.
szczęśliwie przebrnęliśmy przez przełomy w górnym biegu
i ślepe, zwodnicze odnogi w gęstym, ciemnym lesie. rzeka
nie należy już do żadnego plemienia, a strzały wypuszczone
z przybrzeżnych zarośli dosięgają tylko wiosłujących przy brzegu.
jeszcze przed zmierzchem nawoływał tajemny, tęskny głos
słowami, które kiedyś, dawno, słyszeliśmy:

przez rwącą strugę nie przeprawisz promu
jest mi znajomy jej bieg i jestem jej znajomy

nadstawiamy ucha. potrafimy jednak głośniej, piękniej śpiewać.

*

zawsze ze sobą rywalizowaliśmy. kiedy król puszczy szkolił
nowych łowców, ja pustoszyłem drewniane sioła
na łachach piasku i ruchomych mierzejach. to śmieszne,
lepić z gliny statki i ozdabiać je cyną i ołowiem. nie ma
rzeki, która uniesie taką flotę. powiedziałem do syna:
spójrz, jacy są zabawni. ale był zbyt młody i miał w oczach łzy.

*

pewnej nocy, musieliśmy przycumować do przystani. władca okazał
się być nam życzliwy. czy zwiodła go nasza uroda, nasze dumne
spojrzenie? były tańce i śpiew, panny i chłopcy, młodzi i zgrabni
jak powietrze zaklęte w bieg rzeki. mimo to nie zdołaliśmy przekonać
piorunów, żeby spadły o innej porze, w innym miejscu. uznałem,
że ich władca jest zdrajcą. kiedy posnęli kazałem wybić mężczyzn do nogi,
ich żonom wyciąć macice i porzucić, ich córki zgwałcić i powiesić w lesie.

*

nigdy nie zapomnę śmierci mojej babki. żyliśmy wtedy więcej
w puszczy niż na rzece. w porze deszczu rzeka przychodzi do kniei,
najstarsze drzewa wiedzą o czym mówię. pomagałem ojcu zarżnąć świnię,
kiedy zawołała nas matka: ona umiera! przybiegliśmy, ja z postronkiem,
ojciec z brunatnym nożem. wyprowadziliśmy babkę przed dom, na deszcz.
wskazał mi siwe włosy babki, schwyciłem je mocno i odchyliłem
wiotczejącą szyję, a on poderżnął jej gardło. reszty dokonał deszcz.

*

pamiętaj, nigdy nie waż się osiąść na brzegu. omamią cię taniec
piękne ciała, nadmiar pokarmu sprawi, że zabijanie przestanie
sprawiać przyjemność. jesteśmy rzeką, synu, dziką, drapieżną --
to prawda, niesiemy w sobie szlam, ale wyrzucamy go w bezmiar oceanu.

*

kochałem. raz. tak sądzę. była prześliczna, połyskująca jak strumyk.
i jak strumyk znalazła ujście w zlewisku wielkiej rzeki, i już jej nie było.

*

narodziny nie znaczą nic, jeśli nie dają początku nowej rzece, jeśli
nie wzmacniają biegu rzeki nas niosącej. nie dowiesz się tego nigdy
jeśli nie zobaczysz jak nowa rzeka przełamuje się, zawraca, spada
z impetem w przepaść rozpryskując się na miliard drobin, aby potem
zwołać każdą z nich i sformować nowy nurt, potężniejszy, prący do oceanu.

*

nie patrz tam. nie ma horyzontu z boku, który mógłby cię zainteresować.
tego zaś przed tobą lub za tobą nigdy okiem nie sięgniesz. liczą się prąd,
linia brzegu i cierpliwość. ocean do ciebie nie przypłynie, synu.

*

pieśń jest jak rzeka. naucz się śpiewać tak, aby rzeki nie płoszyć,
abyś więcej był rzeką, dziką, potężną, rządzącą się swoim prawem.
nie pozwól zagłuszyć się pieniom z puszczy. tam mieszkają syreny
o miękkich grzbietach. trzeba zatopić ich kryjówki, zedrzeć łuskę,
wybebeszyć wnętrzności i zasypać piaskiem. nic z nich nie wzrośnie.

*

jest tylko jedna rzecz od nas ogromniejsza. strzeż się powietrza.
kiedy zamieni cię w wodny pył, niewielka jest szansa, że wrócisz
do swojej postaci. kiedy uniesie cię powietrze, zrzuci tam, gdzie
poczuje twój nadmiar, nad obcym lądem, i staniesz się pożywieniem
osadników i ich trzody, zostaniesz uwięziony w zbiornikach.

*

żeglując, dotarliśmy do swojej delty.
szczęśliwie przebrnęliśmy przełomy w górnym biegu
i ślepe, zwodnicze odnogi w gęstym, ciemnym lesie.
noc ponad nami nie jest większa od dnia, który przekroczyliśmy.
muzyka, którą słyszymy z oddali jest bezsilna – przybywa słów,
lecz oddalamy się, ich sens staje się niejasny, ginie treść.
w końcu oddalimy się tak, że pozostanie głuchy pomruk nurtu.



Michał Kobyliński
Tonie ja


No i znalazłem wreszcie zagajnik
w którym spokojnie rozłożyłem zeszyt
Gdzieś nieopodal krakało ptaszysko
na skraju chyliła się sosna
Daleko daleko był mój psychiatra
i cała ta szopka

Bo cóż to była za szopka
skoro w niej nie rósł żaden zagajnik
I cóż to był za psychiatra
skoro przestraszył go zeszyt
A przecież straszniejsza jest sosna
i to kraczące ptaszysko

Teraz tu tylko kracze ptaszysko
w oddali pali się szopka
a straż nade mną trzyma sosna
Wokół szumi zagajnik
przede mną leży zeszyt
i daleko daleko jest mój psychiatra

Marny psychiatra
- lepiej od niego straszy ptaszysko
dziobiące zeszyt
Dla niego dziś moja szopka
to z pewnością zagajnik
a ja pilnująca go sosna

I ja – dziurawa sosna
i mój dziurawy psychiatra
to dla ptaszyska zagajnik
Łakomie patrzy na nas ptaszysko -
przytulna szopka
Pojemny dla niego mam zeszyt

- Twój zeszyt
i twoja sosna
to tylko szopka
- mówi psychiatra
a ja widzę krążące ptaszysko
i z psychiatry wyrastający zagajnik

Mój zagajnik – w nim zeszyt
i moje ptaszysko i moja sosna
pod spodem zaś psychiatra i ta spalona szopka
koniec
31 lipca 2004

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Żart i kara
Paweł Micnas

26 IX 2013

Rosjanie, pełni powagi, jak u Dostojewskiego, potrafią godzinami rozmawiać przy wódce o Bogu i sprawach najważniejszych. Ale to także naród niezwykle dowcipny i właśnie tę żartobliwą część rosyjskiej duszy mamy okazję poznać, czytając translatorski tom Jerzego Czecha.

więcej »

Tęskne wariacje w tonacji bliżej nieokreślonej
Kasia Florkowska

17 IX 2010

Drżącą ręką sięgnęłam za pazuchę umysłu,
Wyłowiłam zakurzone pudełko zapałek.
O kant duszy potarte, migotliwie rozbłysły.
Bladym ciepłem ogrzały me dłonie.

więcej »

Haiku #2
Aleksander Pietraszunas

24 VI 2010

tym samym sercem
lecz w pomiętej skórze
kolejna wiosna

więcej »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.