Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 listopada 2018
w Esensji w Esensjopedii

Anna Jupowicz-Ginalska
‹Dobrymi intencjami to piekło brukują›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Jupowicz-Ginalska
TytułDobrymi intencjami to piekło brukują
OpisAutorka pisze o sobie:
Prywatnie: szczęśliwa mama małego Stasia i równie szczęśliwa żona Jacka. Miłośniczka popkultury, podróży, dobrej kuchni i muzyki (raczej metalowej). Fanka tatuaży i wschodnich sztuk walki.
Zawodowo: specjalista ds. PR z ponad dziesięcioletnim stażem, doktor nauk humanistycznych, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka pierwszego w Polsce podręcznika akademickiego na temat marketingu medialnego oraz wielu artykułów o środkach przekazu. Obecnie pełni funkcję Pełnomocnika Dziekana Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW ds. Promocji.
Gatunekfantasy

Dobrymi intencjami to piekło brukują – część 1

1 2 3 11 »
Burmistrz Silva Rerum wstała, przeciągnęła się i zeszła z podwyższenia, dzięki któremu mogła zasiadać na swoim ulubionym krześle. Tak jak się spodziewała, noc przyniosła parę odpowiedzi. Odwagi jej nie brakowało. Wszak nie od dziś było wiadomo, że ze wszystkich mężczyzn we władzach Silva Rerum, tylko Henrietta tak naprawdę miała jaja.

Anna Jupowicz-Ginalska

Dobrymi intencjami to piekło brukują – część 1

Burmistrz Silva Rerum wstała, przeciągnęła się i zeszła z podwyższenia, dzięki któremu mogła zasiadać na swoim ulubionym krześle. Tak jak się spodziewała, noc przyniosła parę odpowiedzi. Odwagi jej nie brakowało. Wszak nie od dziś było wiadomo, że ze wszystkich mężczyzn we władzach Silva Rerum, tylko Henrietta tak naprawdę miała jaja.

Anna Jupowicz-Ginalska
‹Dobrymi intencjami to piekło brukują›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Jupowicz-Ginalska
TytułDobrymi intencjami to piekło brukują
OpisAutorka pisze o sobie:
Prywatnie: szczęśliwa mama małego Stasia i równie szczęśliwa żona Jacka. Miłośniczka popkultury, podróży, dobrej kuchni i muzyki (raczej metalowej). Fanka tatuaży i wschodnich sztuk walki.
Zawodowo: specjalista ds. PR z ponad dziesięcioletnim stażem, doktor nauk humanistycznych, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka pierwszego w Polsce podręcznika akademickiego na temat marketingu medialnego oraz wielu artykułów o środkach przekazu. Obecnie pełni funkcję Pełnomocnika Dziekana Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW ds. Promocji.
Gatunekfantasy
Dla Stasia i Jacka – za to, że są.
„Była noc. Nic dziwnego, że kapitan klął jak szewc, gdy płynął przez koralowy las. Zdradzieckie rafy piętrzyły się różnobarwnymi szpicami, sięgając wysoko ponad powierzchnię Oceanu Mgielnego. Z widokiem tym nie równały się ani łagodne, winne wzgórza Volggy, ani pustynie Metakanu, ani Czerwone Pazury w Conanie. Jednak jeżeli obraz koralowcowych labiryntów przyprawił mnie o zawrót głowy, to jak mam opisać wygląd Silva Rerum?
Zadanie to karkołomne i wydawać by się mogło – niewykonalne. Przeto, szanowni Koledzy i szanowne Koleżanki, wybaczcie, że moje słowa nie oddadzą w pełni piękna, jakie wonczas ujrzałem.
Miasto-wyspa dumnie górowało nad zmąconą taflą Oceanu. Kształtem przypominało ogromne jajo, do połowy zanurzone w kipiącej wodzie. Jednak im bliżej ku niemu podpływaliśmy, tym lepiej dało się zauważyć, że wysokie ściany nie są gładkie, a złociste punkciki to nie gwiazdy, a setki migotliwych latarni, świec i lampionów.
Wielokrotnie wzdychałem z zachwytu patrząc na to dzieło (bo tylko tak jestem w stanie nazwać ów gród). Budynki, świątynie, uliczki, skwery – jednym słowem WSZYSTKO – wykuto w litej skale. Przez lata pieczołowicie je kształtowano, żłobiono, polerowano i zdobiono po to, by sprostały gustom wielu ras. Tak więc, drodzy Uczeni, nigdzie indziej nie znajdziecie krasnoludzkich form świątynnych, przemieszanych z elfią sztuką użytkową. Tylko tu gnomie wynalazki udanie sąsiadują z ogrzymi plecionkami z Czasów Przedcaltańskch. Nawet orcze szałasy świetnie komponują się z lodowymi piramidami nag.
Nie mogłem uwierzyć, że eklektyzm wydaje tak znamienite owoce. Dość powiedzieć, że i architektura, i moda, i język są żywymi przykładami na to, że niekiedy wielorasowość pobudza postęp.
Wielu z was nie dawało wiary, że Silva Rerum nadal się rozwija. Otóż, Panie i Panowie, teorię o jego zastoju ekonomicznym możemy uznać za obaloną. Wyspa kwitnie. Niemała w tym zasługa innorasowców, którzy uczynili z niej swój bank. Każda większa ulica ma kantor i komis. Składowane są tam depozyty i oszczędności o wartości dla nas, uczonych, niewyobrażalnej. Nic dziwnego, że do miasta ściągają tłumy, zwabione bogactwem i nadzieją na szybki zysk. Dodam mimochodem, iż hazard i życie nocne są tak samo rozpowszechnione, jak odczyty i konferencje na naszym uniwersytecie.
„Gdzie w takim razie mieszczą się masy przyjezdnych?” – zapytacie. I ja wam odpowiem! Inżynierowie silvarerscy zagarnęli dla mieszkańców nie tylko wnętrze skały, ale także i dno oceanu. Zwiedzałem niekończące się place budowy i powiem jedno – to, co widziałem na powierzchni, można uznać za starówkę miasta, zamieszkiwaną przez turystów i najznamienitszych mieszkańców metropolii. Prawdziwa niespodzianka kryje się kilka kilometrów głębiej. Korytarze, przejścia, uliczki, a nawet kanalizacja zostały wydłubane pod wodą, szanowni zgromadzeni. A chociaż znajdują się tam tylko domy dla biedoty, kazamaty i siedziba straży, to przyznam jedno. Będąc w Silva Rerum, nie sposób nie odwiedzić tego dystryktu.
Podróż do miasta może być oczywiście utrudniona ze względu na izolację wyspy, zarządzoną przez miłościwie nam panującego Evalda II. Niemniej warto podjąć wysiłek i spróbować choć trochę poznać ów niezwykły gród. Przyznam szczerze, że mieszkałem w nim dwa lata, a jednak zdarzało się, że błądziłem pośród nowych, przypadkiem odnalezionych uliczek i dzielnic.
Jak zwykle, zboczyłem nieco z tematu… Przejdźmy więc szybko do szczegółów technicznych, tłumaczących niezwykłą metodę drążenia dna oceanu (…)”
Fragment odczytu Asfodelija Łobozowa,
Przewodniczącego Cesarskiego Towarzystwa Geograficznego.
Konferencja naukowa
„Technologiczna myśl innorasowa: szansa czy zagrożenie? Studium przypadku”,
Uniwersytet w Carnie.
I
Chciał wtedy pomóc, naprawdę. Może miał taki kaprys, a może kierowały nim dobre intencje…?
Obmyślił wszystko dokładnie, niejednokrotnie przeanalizował wyniki badań i ekspertyz. Przez wieki przeprowadził setki eksperymentów, zanim zdecydował się na kolejny i zarazem ostateczny krok. Był pewien sukcesu, inaczej w ogóle by nie zaczynał.
Nie brałby się za ludzi.
Noooo… Na początku wszystko szło zgodnie z planem. Maszyna działała bez zarzutu: mieszała mikstury, dawkowała składniki, obliczała czas, wstrzykiwała ciecze i opary gazowe. Jednym zdaniem: trzymała się ustalonych wytycznych. A potem… Cóż. Coś się popsuło.
Nie wiedział tylko co.
Nie miał możliwości, żeby to sprawdzić, bo – odrzucony wybuchem – walnął plecami o ścianę, zsunął się na zimną, kamienną podłogę i zaczął tracić przytomność.
Zanim zemdlał, pomyślał o trzech rzeczach.
Po pierwsze: „Dzięki bogom, mam pracownię w piwnicy. To znaczy, dzięki mnie, nie bogom, bo ja tu się urządziłem, a nie bogowie urządzili mnie. Cha, cha. Homonimy, w takiej sytuacji, no coś podobnego, serio. Tak czy siak, jestem bezpieczny”.
Po drugie: „Ależ tu bałagan, o ja cię kręcę.”
I po trzecie: „Widzę podwójnie. Nie. Potrójnie. Nie. Poczwórnie. Nie… Ojojoj. Jednak mnie urządzili… Ci, no. Bogowie, psia ich mać”.
Pomyślawszy to, ostatecznie padł bez czucia i znieruchomiał. Kłęby dymu buchały z rozszalałej maszyny i szarymi chmurami napełniały piwnicę. Chwilę potem nachylała się nad nim grupa mężczyzn. Zakaszleli jednocześnie i popatrzyli na siebie z niemałą ciekawością.
– I co z nim zrobimy? – zapytał jeden z nich.
– Zostawmy go – rzekł drugi.
– Uratujmy – powiedział trzeci.
– Zabijmy. I obrabujmy – zaproponował czwarty, schylając się po ostry metalowy fragment, który odleciał ze skomplikowanej maszynerii.
– A ja powiem tak: niech zdecyduje przeznaczenie – odparł piąty, wyciągając z kieszeni monetę. – Orzeł to życie, a reszka: śmierć.
– Rzucaj – szepnął pierwszy.
– Tak, rzucaj – zgodzili się pozostali.
Piąty cisnął pieniądzem w górę. Talar poszybował wysoko, wzbił się pod samo sklepienie i opadł wprost do otwartej dłoni mężczyzny. Ten uśmiechnął się, przełożył go na wierzch dłoni i pokazał wynik towarzyszom.
– Taki los – kiwnął głową czwarty, wyszczerzając nierówne zęby.
II
– Sh’elala? – spytał ktoś niespodziewanie.
– Nie – odparła mrukliwie i natychmiast się uchyliła.
Syczący pocisk fioletowych iskier przemknął tuż obok jej ucha, zostawiając po sobie smrodliwą łunę. Potem poszybował nad burtą i wbił się w gęstą czapę pary, która nakrywała Ocean Mgielny. Dało się jeszcze słyszeć krótki gwizd oraz pełne bólu, syczące jęknięcie.
Tyle.
Znowu zapanowała melancholijna cisza. Przerywały ją miarowe chlupnięcia wody, rozgarnianej przez statek Zimna Aurara.
W odpowiedzi na zaczepkę kobieta wyciągnęła sztylet, skoczyła do tyłu, i – po błyskawicznym obrocie – przystawiła nieznajomemu ostrze do gardła. Mężczyzna zaśmiał się… To znaczy – miała wrażenie, że się zaśmiał. Nosił przecież skórzany hełm, dokładnie zasłaniający twarz. Zresztą, całe jego ciało zakrywała bordowa zbroja, wykonana z surowców najwyższej jakości: skór bazyliszkowych, barwionego mithrilu i turmalinów. To musiało kosztować majątek.
Piwne, bystre oczy mrugnęły z rozbawieniem.
– Masz specyficzne poczucie humoru – rzekła i mocniej przycisnęła mu nóż do krtani.
– A jednak Sh’elala – odparł. – Nikt tak wylewnie nie wita starych znajomych.
Jednooka zmarszczyła brwi. Znajomi…? Chociaż… chwileczkę… ten aksamitny głos… Pamiętała go, choć minęło już tyle lat. Czyżby to był…?
– Pozwolisz? – spytał mężczyzna, unosząc ręce i wskazując za hełm.
W tym samym momencie pani kapitan, nieprzeciętnie rosła skorpena, zerwała się z wygodnego siedziska i ostrzegawczo zagrzechotała ogonem, grożąc wszystkimi sześcioma rękami.
– Żadnych bójek… – wysyczała z silnym valtańskim akcentem, wydłużającym spółgłoski. – Bo wrzucę was do wody.
Na mostku kapitańskim zakotłowało się. Kilku marynarzy o zdecydowanie wodnej proweniencji chwyciło za wymyślne bronie. Czekali na rozkazy skorpeny, a ta najwyraźniej czekała na rozwój wypadków. Zastygła na chwilę, patrząc na dziwaczne przywitanie podróżnych.
– Zgoda – szepnęła Sh’elala i ostrzegła: – Pamiętaj, bez żadnych numerów.
– Jasne. Będę cichy i potulny jak baranek – odpowiedział i wolno rozpiął wiązania hełmu. Potem ściągnął go i spytał: – No i jak?
1 2 3 11 »

Komentarze

« 1 2 3 4
12 X 2011   12:14:29

Ja bym chętnie poczytała (artykuł o walkach znaczy), bo to rzecz ciekawa.

A racja - z tym wzorowaniem na filmach. Miałam kiedyś okazję mieć w rękach kawałek "materiału" na kolczugę - zaledwie fragment na część rękawa, a ile to ważyło. Pozwala mi to tylko domyślać się, ile może ważyć cała kolczuga. Miecz też na pewno swoje waży. I tarcza. Tak uzbrojony wojownik raczej nie będzie skakał i wykonywał efektownych manewrów. Itd.
W książkach mnóstwo jest efekciarstwa a - jak mniemam - wszelkie ruchy nadmiarowe w rodzaju piruetów i kopniaków z półobrotu raczej byłyby stratą czasu, energii i wystawianiem się na cios.

« 1 2 3 4

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.