Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 maja 2018
w Esensji w Esensjopedii

Anna Jupowicz-Ginalska
‹Dobrymi intencjami to piekło brukują›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Jupowicz-Ginalska
TytułDobrymi intencjami to piekło brukują
OpisAutorka pisze o sobie:
Prywatnie: szczęśliwa mama małego Stasia i równie szczęśliwa żona Jacka. Miłośniczka popkultury, podróży, dobrej kuchni i muzyki (raczej metalowej). Fanka tatuaży i wschodnich sztuk walki.
Zawodowo: specjalista ds. PR z ponad dziesięcioletnim stażem, doktor nauk humanistycznych, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka pierwszego w Polsce podręcznika akademickiego na temat marketingu medialnego oraz wielu artykułów o środkach przekazu. Obecnie pełni funkcję Pełnomocnika Dziekana Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW ds. Promocji.
Gatunekfantasy

Dobrymi intencjami to piekło brukują – część 2

1 2 3 11 »
Jestem magiem, podróżnikiem, znawcą geografii. Przestudiowałem wszystkie dzieła Asfodelija Łobozowa, naturalnie zanim trafiły na indeks ksiąg zakazanych. Było ciężko, nie powiem… Ale udało się. Na nieufność mieszkańców miałem jeden argument. Złoto, pani. Duuużo złota. Góry! Ho, ho! Całe górskie masywy!!!

Anna Jupowicz-Ginalska

Dobrymi intencjami to piekło brukują – część 2

Jestem magiem, podróżnikiem, znawcą geografii. Przestudiowałem wszystkie dzieła Asfodelija Łobozowa, naturalnie zanim trafiły na indeks ksiąg zakazanych. Było ciężko, nie powiem… Ale udało się. Na nieufność mieszkańców miałem jeden argument. Złoto, pani. Duuużo złota. Góry! Ho, ho! Całe górskie masywy!!!

Anna Jupowicz-Ginalska
‹Dobrymi intencjami to piekło brukują›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Jupowicz-Ginalska
TytułDobrymi intencjami to piekło brukują
OpisAutorka pisze o sobie:
Prywatnie: szczęśliwa mama małego Stasia i równie szczęśliwa żona Jacka. Miłośniczka popkultury, podróży, dobrej kuchni i muzyki (raczej metalowej). Fanka tatuaży i wschodnich sztuk walki.
Zawodowo: specjalista ds. PR z ponad dziesięcioletnim stażem, doktor nauk humanistycznych, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka pierwszego w Polsce podręcznika akademickiego na temat marketingu medialnego oraz wielu artykułów o środkach przekazu. Obecnie pełni funkcję Pełnomocnika Dziekana Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW ds. Promocji.
Gatunekfantasy
VI
– Musisz dać mi trochę swobody – Lotr wreszcie to z siebie wyrzucił.
Nie chciał zostawiać Sh’elali tak często. Wystarczył przecież jeden wieczór, by jego… przyjaciółka… wpakowała się w kłopoty. Jej rany nie były zbyt groźne, ale za to piekielnie bolesne. Czarodziej użył całej magii, by je zaleczyć. Jednooka nie opowiedziała mu o minionej nocy. Zbyła go wzruszeniem ramion i ostentacyjnym zlekceważeniem obrażeń. A Lotr, chociaż wiedział, że Sh’elala umie o siebie zadbać, trochę się przestraszył.
Na tyle, by stwierdzić, że przyjaźń to niewłaściwe słowo na opisanie jego uczuć.
– Musisz dać mi trochę swobody, słyszysz? – powtórzył.
Starzec łypnął na niego wybałuszonym, wielosoczewkowym okiem i potrząsnął głową. Zasuszona skóra chudej szyi zafalowała jak u poirytowanego indora.
– Nie rozumiem, no naprawdę, nie rozumiem. Że niby co? Że uwięziłem cię? A przecież jesteś wolny. Chodzisz, gdzie chcesz, kiedy chcesz. Musisz być bardziej precyzyjny.
– Przestań – mag zaczynał tracić cierpliwość. – Dobrze wiesz, o co mi chodzi.
– Wiesz, nie wiesz, wiesz, nie wiesz. – Starzec darł kartkę na kawałeczki i odliczał. – Zostało nie wiesz. Więc nie wiem. Wyjaśnij. Sprecyzuj, dziecko. Cha, cha. Dziecko. Jakie ty tam dziecko. Ile ty masz lat, no nie krępuj się, gadaj!
– Dyfuzjuszu…
– No ile? Powiedz mi, to ja ci powiem to, co chcesz wiedzieć. Ha! To się nazywa warunkowanie.
– Szantaż, rzekłbym.
– Szantaż-srantaż – odfuknął mag i obrażony zamilkł.
Jego soczewki, podtrzymywane przez poruszający się mechanizm, wsunęły się w oczodół i zgasły. Potem jednak wyskoczyły żwawo na zewnątrz, śmiesznie się zahuśtały, a starzec powiedział do siebie:
– Gdzie ta śrubka do oka? Położyłem ją tutaj. A może tam, na regale? Ojoj, nie będę chodził z taką wiecznie wybałuszoną gałą. Bez tej śrubki czuję się taki nagi… Co to? O, jakiż ciekawy zwój. Czar przemieszczenia. Może mi się przydać.
Lotr westchnął, czując, że rozmowa zeszła na zły tor. Usiadł z rezygnacją na taborecie i oparł się plecami o ścianę. Uniósł brwi, gdy kamienie nagle poruszyły się, rozmiękczyły i dopasowały do ciała. Kolejny bezsensowny wynalazek. Może i miękki, może i ciekawy. Ale zupełnie nieprzydatny. Po co komu pluszowe, łaszące się głazy?!
Właśnie tak wyglądała ta wieża w środku. Była najeżona nowinkami technologicznymi, durnymi rozwiązaniami naukowymi, które – miast pomagać – utrudniały i uprzykrzały życie, niejednokrotnie prowadząc na skraj załamania nerwowego. No bo proszę: gdzie indziej można by zbudować ruchome schody, napędzane mięśniami ponad tysiąca chomików? I na co komu lustro szczerości? Jaka kobieta chciałaby rano usłyszeć prawdę? „Nie, słonko. Dzisiaj nie wychodź z domu. Masz tu worek, nałóż go sobie na łeb i czekaj do nocy, może twój stary już niedowidzi?”
O, albo miernik upicia się: taki przyrząd dla dorożkarzy z większych miast. No po co to komu? Lotr uśmiechnął się sam do siebie. Zgoda, na tym ostatnim skorzystałaby Sh’elala.
Ech, Sh’elala.
Zostawia ją co noc dla tego starego frędzla. Opuszcza kobietę, której nie chciałby nigdy opuszczać. I co ma w zamian? Powiedzenie, że NIC, byłoby daleko idącym eufemizmem.
Gdyby chociaż wiedział, w jakim celu Dyfuzjusz prosił o diamenty, miarki lodowej rtęci, mitrhrilowe blaszki i adamantytowy proch z Żelaznych Kuźni! I na cholerę były mu zaklęcia lekkości z Metakanu? Rzekomo brzydził się ludzką magią i jej osiągnięciami. Przecież dlatego uciekł z Cesarstwa i dotarł aż tutaj. By z ludźmi nie mieć nic wspólnego… A tu proszę… Zachcianki typowe dla mechanicznego maga.
Może więc Dyfuzjusz nie wyrzekł się swojej chorej sekty?
– Mam trzysta dwadzieścia siedem lat – rzekł Lotr głosem kogoś, kto przegrał.
– Co? – Mag uniósł nieprzytomny wzrok znad pergaminu i zaszczękał metalową, multizadaniową dłonią. Schował zamontowany w niej pilnik, którym gładził paznokcie drugiej ręki.
– Mam trzysta dwadzieścia siedem lat, Dyfuzjuszu – powtórzył Lotr.
– No, no… – starzec gwizdnął z uznaniem (co było trudne ze względu na metalowe zęby). Pokiwał głową i nagle spytał. – Ale po co mi to mówisz?
Lotr schował twarz w dłoniach i przygryzł wargę.
– Bo chciałeś wiedzieć…
– Cha, cha!! – mag przerwał mu, zanosząc się dzikim, krótkim śmiechem. – Pamiętam! Myślałeś, że nie pamiętam?
Czarodziej pomyślał w odpowiedzi: Tracę cierpliwość. Jak mi zaraz nie powie, o co chodzi, to wyjdę. A przedtem go jebnę. Dyfuzjusz zostawił pergaminy, mikstury i inne dziwactwa. Pokuśtykał w stronę Lotra. Jego siwe włosy falowały przy każdym ruchu, a gwieździsta szata łopotała i szeleściła.
– Ale efekt, nie? – spytał, gładząc długą suknię. Potem nagle zmienił temat i ton głosu. – Długo czekałeś. Przywiozłeś wszystko, na czym mi zależało. Dzisiaj dowiesz się prawdy. I będziesz miał wolne. Dam ci spokój na dwa, no, może trzy dni… Będę miał dużo, baaardzo dużo pracy! – Przewrócił oczami, a soczewki znowu podskoczyły we wszystkie strony.
Lotr uniósł brwi, bo Dyfuzjusz – po raz pierwszy odkąd się spotkali – powiedział coś sensownego.
– No więc? – ponaglił go.
– Chwileczkę. Wszystko po kolei, dziecko – odrzekł mag mechaniczny, prostując się. Wyraźnie nasłuchiwał. Czekał w napięciu, a potem powiedział. – Raz, dwa, i…
Łup, łup, łup! Rozległo się stukanie. Ktoś dobijał się do drzwi wejściowych.
– Skąd wiedziałeś…? – spytał Lotr.
– Nic wielkiego – odparł skromnie mag mechaniczny, wzruszając ramionami. – Punktualność. Byłem umówiony.
Czarodziej nabrał powietrza w płuca, a Dyfuzjusz – nieustannie utykając – pchnął go ku ścianie.
– Hej…! – zaoponował Lotr.
– Hej ho, hej ho! Toż to znane zawołanie świętej pamięci krasnoludów z Metakanu! No, dobra, chowaj się, dziecko, bo nikt nie może cię tutaj zobaczyć. I słuchaj uważnie, o czym będzie mowa.
– Ale gdzie mam… i z kim będziesz… i po co…?
– Tutaj, w skrytce. Z burmistrz Silva Rerum. Po to, żebyś lepiej zrozumiał – wyjaśnił Dyfuzjusz.
Potem mag mechaniczny wyszeptał czar. Ze ściany wysunęła się kwadratowa kratka z wieloma podświetlonymi przyciskami. Czarodziej wystukał jakiś numer. Ściana rozsunęła się, ukazując malutkie pomieszczenie, w którym stał taboret i stolik z wcale pokaźnym barkiem.
Lotr, oszołomiony tym widokiem, wszedł do środka. A zanim drzwi się zamknęły, zdążył spytać:
– Skoro mam już okazję… Dlaczego kuśtykasz? Co ci się stało w nogę, wujku?
– Chciałem z niej zrobić koło – odrzekł ten i zasunął ścianę.
• • •
Henrietta czekała cierpliwie przed drzwiami ponurej wieży. Zbierała myśli, układając w głowie rozmowę z czarodziejem.
W spotkaniu towarzyszyli jej Skolvitz i Gestleiter. Obydwaj zachowywali należytą powagę, która przystawała do pełnionych przez nich urzędów. Jednak krasnoludzica wiedziała, że pod tymi ważnymi minami i posągowymi pozami czaiła się niepewność i niepokój.
Drzwi wreszcie otworzyły się. Z ciemności wychynęło szklane oko i łypnęło złowrogo na gości. Gnom bezwiednie chrząknął. Stanął za kapitanem, który zmusił się do pozostania na miejscu.
– Och! Pani burmistrz… – zaskrzeczało oko i niemal zalotnie mrugnęło. – Witam, witam w moich skromnych progach. I zapraszam do środka, oczywiście wraz ze wspaniałymi mężami Silva Rerum. Wybaczcie, że nie wyjdę naprzeciw, ale muszę dotrzymywać warunków gościny, jakiej mi udzieliliście. Jak widzicie, z tej wieży nie wyścibiam ani kawałka nosa!
Soczewkowe ślepie cofnęło się, pozostawiając przybyłym wolną drogę.
Ci niepewnie ruszyli naprzód. Gdy weszli do środka, drzwi za nimi zamknęły się z sykiem.
Ktoś pstryknął i pomieszczenie nagle rozbłysło migotliwymi światełkami.
– To wiązka energii, zamknięta w małych rurkach. Włącznik jest w ścianie – wyjaśnił chrapliwy głos. – Niestety, nie mam jeszcze dla niego nazwy.
Urzędnicy mimowolnie podskoczyli, zauważając Dyfuzjusza. Mag stał pomiędzy nimi i z ciekawością przyglądał się drobnym iskierkom.
– Trochę przypomina nurt rwącej rzeki… – Skolvitz odezwał się niespodziewanie. – Może moglibyśmy na to mówić prąd…?
1 2 3 11 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.