Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 lutego 2018
w Esensji w Esensjopedii

Dzieje Tristana i Izoldy inaczej – księgi I-III

[1] 2 3 11 »
Dziedziniec zamkowy zaścielała gruba warstwa śliskiego błota, w którym tarzały się świnie i dzieciaki, z tym że te pierwsze wydawały się czystsze. Całość otoczona była ziemnym wałem, po którym przechadzali się obdarci strażnicy, wszyscy trzej. Nie było fosy ani spuszczanego mostka, dostęp do zamku blokowała tylko odsuwana zapora ze skłębionego drutu kolczastego. Cóż, wczesne średniowiecze.

Marek Wasielewski
‹Dzieje Tristana i Izoldy inaczej›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMarek Wasielewski
TytułDzieje Tristana i Izoldy inaczej
OpisAutor pisze o sobie (2005):
Pani od polskiego w podstawówce kładła nam do głów, jak ważne dla analizy jest podanie czasu i miejsca akcji. Postaram się zatem scharakteryzować siebie poprzez te dwie kategorie.
Wiek – trzydzieści trzy i jedna trzecia, a więc liczba okrągła i znamienna. Zdecydowanie za późno na młodzieńczy genialny debiut, o wiele za wcześnie na przesycone mądrością dzieło życia. Urodzony i wychowany w Poznaniu, mieście, które nie wydało żadnego literackiego giganta, mieście do bólu nudnym i pozbawionym fantazji. Bez złudzeń, że można to zmienić, co udowadnia fatalistyczne podejście do świata. Tristan ma pokazać, że mimo wszystko poznańskie pyry nie do końca pozbawione są poczucia humoru. A jeśli niczego nie pokaże? Cóż, zawsze można iść w ślady Cegielskiego, pracować organicznie i u podstaw, prawda?
Gatunekhumor / satyra
Za dawnych czasów król Marek panował w królestwie Kornwalii. Tak brzmi jedno z pierwszych zdań chyba najważniejszej – po cyklu arturiańskim – opowieści średniowiecza, w wersji Josepha Bediera, a przetłumaczonej przez Boya. Przytoczenie go w trawestacji, parafrazie, ktoś inny powie – pastiszu, jest zabiegiem nie od rzeczy. Dzięki niemu poznaliśmy przybliżony czas i miejsce akcji, a także imię jednego z ważniejszych bohaterów (tych całkiem głównych znamy już z tytułu). Lecz na tym koniec. Już w tym miejscu żegnamy arcydzieło Bediera / Boya, bo na cóż nam, ludziom przełomu tysiącleci unurzanym w radosnej komiksowej twórczości reżyserów i powieściorobów made in USA, jałowe przynudzania o porywach serca Tristana, wzniosłe tyrady o jego uczuciach do Izoldy – i cały ten ciągnący się przez dziesiątki stron bełkot bez śladu napięcia, mocnego słowa w odpowiedniej chwili, a przede wszystkim bez ścielącego się gęsto trupa, a więc elementów, które posuwają prawdziwą akcję do przodu i pozwalają nam się odprężyć i cieszyć lekturą. My proponujemy coś zupełnie innego – i co tam prawda historyczna albo choćby pozór prawdopodobieństwa! A jeśli już wspomnieliśmy o prawdzie – czy Mistrz Bedier zabierając się do tej żmudnej pracy pokusił się o uzyskanie autoryzacji samych zainteresowanych, a więc Tristana, Izoldy, króla Marka, Brangien, albo biednych zarżniętych: smoka i Morhołta? Szczerze powątpiewamy. Tak więc, prawem kaduka (czytaj: korzystając z licentia poetica), piszemy naszą własną, głęboko subiektywną wersję. Do dzieła.

Księga pierwsza
Wprowadzenie do epoki. Młodość Tristana
Dawno temu, jakieś sześć wieków po domniemanym urodzeniu Chrystusa, w pewnym królestwie na wyspie zwanej dziś Wielką Brytanią, panował król Marek. Niewielkie to było królestwo, poza krótkim pasem morskiego wybrzeża graniczące z innymi, częstokroć jeszcze mniejszymi, bo takie to były czasy – udzielnym księciem tytułował się posiadacz najwyższej sterty gnoju, ergo obornika, w okolicy – więc i dwory królewskie nie przystawały do dzisiejszych o nich wyobrażeń. Powód był prosty – ostatni Rzymianie na wyspie, ci, którzy nie wzięli udziału w wielkim odwrocie na kontynent spowodowanym przez kolejnego matoła widzącego siebie na rzymskim tronie, zostali wytłuczeni prawie sto pięćdziesiąt lat wcześniej przez barbarzyńskich najeźdźców, Anglów i Saksonów. Przed eksterminacją wiernych poddanych cesarza, który nie miał już ochoty zajmować się wyspą położoną na końcu świata, przybysze liznęli od nich nieco kultury, ale nie za wiele, więc w jakiś czas potem, rzecz najzupełniej naturalna, ponownie schamieli. Wodzowie licznych plemion gwałcili na morgi wszystko, co się rusza, mieli dziesiątki potomków z prawych, nieprawych i całkiem lewych łóż – i stąd ogromna ilość różnej maści królów, książąt, baronów i hrabiów, a niewielka powierzchnia ich dziedzin.
Ilustracja: Łukasz Matuszek
Ilustracja: Łukasz Matuszek
W takich to czasach przyszło żyć Tristanowi (przynajmniej w dzieciństwie i wczesnej młodości, bo później, pod wpływem dziwnych i niespodziewanych czynników, wiele się pozmieniało). Tristan był rodzonym synem króla Riwalena, władcy niewielkiego państewka graniczącego z włościami Marka. Ten ostatni oddał był Riwalenowi za żonę swą piękną siostrę w podzięce za ofiarowane podczas wojny Marka z sąsiednimi władykami cenne usługi – jak na przykład atak bez wypowiedzenia wojny, dezorganizację linii komunikacyjnych na tyłach, zatruwanie studni, roznoszenie zarazy et cetera. Wspólne pożycie rodziców naszego bohatera nie było długie – Riwalen dwa miesiące po ślubie poległ na polu chwały, dając się wciągnąć w idiotyczną pułapkę w jakimś nic nie znaczącym konflikcie granicznym, a jego żona przeniosła się do lepszego świata wkrótce potem, poczekawszy jedynie na urodzenie Tristana. Wobec nieubłaganej chronologii wszelkie wzmianki w rycerskich pieśniach i historiach opisujące dobroczynny wpływ rodziców na małego Tristana należy uznać za wyssane z palca.
Marek, władca przewidujący, zupełnie nie zważał na istnienie dziedzica włości Riwalena – niezwłocznie zaanektował królestwo powołując się na pokrewieństwo, rację stanu i konieczność zabezpieczenia żywotnych interesów własnego narodu. Niemowlę zostało oddane pod opiekę niejakiemu Ruchałtowi, niezwykle jurnemu marszałkowi, który objął był lukratywną posadę zarządcy zagarniętych terenów – „obecnie strefy buforowej, a w przyszłości przestrzeni życiowej dla naszych synów i wnuków”, jak w jednej z odezw do narodu nieładnie nazywał byłe królestwo Riwalena Marek. Ruchałt od razu podał Tristana za własnego syna, co nikogo nie zdziwiło, gdyż bachorów, jak to mówią, był u niego dostatek. Powodem takiej decyzji była chęć posiadania przez marszałka choć jednego ładnego dziecka (wszak to królewska krew!).
Tristan rósł wzdłuż, wszerz i w prąciu. Niespokojny, uparty, wymyślający wciąż nowe psoty gówniarz, który zalazł za skórę wszystkim w okolicy, szybko zmienił się w wysokiego, przystojnego młodzieńca, choć powagi nie przybyło mu wcale. Jako że edukacja w królestwie Marka nie miała jeszcze swojego, wyczulonego na potrzeby dzieci, ministra i złego, odziedziczonego po ancient regime systemu, który należało jak najszybciej zreformować, więc nasz bohater był kształcony w sposób może anachroniczny, lecz skuteczny. Tristan, syn dostojnika, dostąpił elitarnego jak na tamte czasy wychowania, a więc nauczył się mordować zwierzęta i ludzi za pomocą miecza, łuku, noża, topora i włóczni (maszynowa broń palna, choć może niektórym trudno w to uwierzyć, była wtedy jeszcze mało popularna), wprawiał się w trudnej sztuce umacniania stosunków feudalnych, czyli łupieniu biednych i oddawaniu lwiej części bogatym – królowi, księciu, biskupowi, i całej reszcie mającej dostęp do żłobu. Doprowadziwszy do perfekcji te trzy umiejętności: zdobywanie żarcia, eliminowanie konkurentów do wyższych stanowisk i zarabianie kasy, był idealnie przystosowany do życia w epoce.
Dorosłość jednak niesie ze sobą wiele problemów. Od powrotu Tristana ze szkół życie w marszałkowej chałupie z każdym dniem stawało się dla niego coraz trudniejsze do zniesienia – kieszonkowe dostawał symboliczne, a będąc mocnym kandydatem na następcę Ruchałta na stanowisku zarządcy tej krainy nie mógł liczyć na żadną doraźną, mniej prestiżową pracę – podział klasowy był nader mocno akcentowany; życie seksualne nie układało się najlepiej, bo wszystkie młode, piękne panny, z którymi chciał zawrzeć bliższą znajomość, odbijał mu jego ojciec, który miał gadane, a poza tym sporą forsę i przyrodzenie wcale nie krótsze niż Tristana. Panny co prawda, nawet te urodziwe, okropnie śmierdziały, ale w tych czasach z powodu notorycznego deficytu Palmolive, Nivea i mydełka Fa śmierdzieli wszyscy1), więc to akurat naszemu bohaterowi nie przeszkadzałoby w zaspokojeniu żądz. Gdyby nie ten Ruchałt… Nie mając szans na stosunek u boku chutliwego taty przez następne półtora wieku, któregoś dnia Tristan nie wytrzymał, machnął ręką na perspektywy, spakował skromny dobytek, w najbliższym porcie zaciągnął się na norweski tankowiec – i w poszukiwaniu przygody pożeglował w siną dal2).
Nieszczęśliwym trafem drugiego dnia podróży pogoda załamała się nagle, trafili na potężny sztorm, stracili radar i wpakowali się na przybrzeżne skały. Opatrzność bogów sprawiła, że tankowiec miał wtedy puste zbiorniki i nie doszło do katastrofy ekologicznej na wielką skalę (a był to jeden z tych nowoczesnych trzystutysięczników, które muszą opływać Afrykę, bo nie mieszczą się w Kanale Sueskim; zresztą nad Kanałem parę lat wcześniej, po wycięciu w pień Bizantyjczyków usadowili się Arabowie i zaczęli pobierać nieludzkie cło, co uczyniło transport ropy tą drogą zupełnie nieopłacalnym).
Tristan uratował się przypadkiem – pomimo szalejącej nawałnicy nie zrezygnował z wieczornego papierosa, wypalanego na pokładzie rufowym. Uderzenie wrzuciło go do wody, a fale, półprzytomnego, wyniosły na majaczący w mroku nieznany brzeg. Ratując się przed niechybnym utopieniem na nieustannie zalewanej falami plaży cudem zdołał wdrapać się na prawie pionowe urwisko, gdzie padł w kępie lichych krzaków, dających przynajmniej osłonę przed wiatrem. Kiedy obudził się rankiem, po burzy nie było już śladu. Rozwiesił na gałęziach przemoczone ubranie i na golasa poszedł na krawędź urwiska, by przyjrzeć się okolicy. Niestety, zabrakło widowni, która doceniłaby jego ekshibicjonistyczny występ i rozmiary jego osobistego wyposażenia. Nie dostrzegł żadnych tubylców, ani żadnego ze swych towarzyszy, nawet resztek rozbitego statku, które umożliwiłyby mu pójście w ślady niejakiego Cruzoe.
Kiedy łachy trochę obeschły, wyruszył w głąb lądu na poszukiwanie siedzib ludzkich. Po kilku milach przedzierania się przez bezdroża ujrzał ciemną ścianę szeroko rozpościerającego się lasu. Wylądowałem na kompletnym zadupiu – stwierdził chlipiąc pod nosem. Już chciał paść na ziemię i w desperacji zalać się łzami, gdy niespodziewanie usłyszał przybliżające się dźwięki łowieckiego rogu. Nadzieja wstąpiła w jego serce. Nie minęło nawet pięć minut i z lasu wypadł mały, szary zajączek, a za nim czterech ciężkozbrojnych na koniach, szaleńczo wymachując dzidami. Zwierzak ujrzał Tristana i stanął jak wryty.
– Cholera, otoczyli mnie – wyszeptał, pogmerał łapką w niewidocznej na pierwszy rzut oka kieszonce, wygrzebał stamtąd małą kapsułkę, którą wrzucił sobie do pyszczka – i w jednej chwili padł martwy.
Nie mniej zaskoczony od zajączka Tristan na wszelki wypadek schował się w gęstej kępie krzaków. Pogoń przybyła chwilę potem. Myśliwi wznieśli radosny okrzyk, tryumfalnie zadęli w rogi, zeskoczyli z wierzchowców, po czym jeden z nich zaczął zabierać się do oprawiania zdobyczy. Wyjął zza pasa wielki rzeźnicki nóż aby odskórzyć i wybebeszyć zajączka. Widząc to Tristan aż zatrząsł się z przerażenia, krzyknął na całe gardło: co czynisz, stój! i wyszedł z kryjówki.
– Co się stało, nieznajomy człowieku wyskakujący z krzaków? – zapytał go zaskoczony myśliwy.
Tristan odpowiedział, że w tak brutalny i niehigieniczny sposób – ileż to zarazków może znajdować się na ostrzu, nie wspominając już o brudzie datowanym na schyłek antyku – nie godzi się oprawiać zwierzyny, i że on zna dużo lepszą metodę.
– Jaką, dobry panie? – dopytywał się zdziwiony myśliwy – Pokaż ją nam – poprosił.
– To całkiem proste – rzekł Tristan – Patrzcie uważnie.
Chwycił zajączka za puszysty ogonek, tworzący miłą, miękką kulkę, zważył ciężar w dłoni, po czym zamachnął się i z impetem kilkakrotnie trzasnął zwierzątkiem o spory narzutowy głaz. Po chwili w ręku trzymał skórę, a odfutrzone truchło spoczywało na kamieniu. Przyglądający się temu myśliwi zaniemówili, a potem zaczęli bić brawo.
[1] 2 3 11 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.