Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 maja 2018
w Esensji w Esensjopedii

Marek Wasielewski
‹Dzieje Tristana i Izoldy inaczej›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMarek Wasielewski
TytułDzieje Tristana i Izoldy inaczej
OpisAutor pisze o sobie (2005):
Pani od polskiego w podstawówce kładła nam do głów, jak ważne dla analizy jest podanie czasu i miejsca akcji. Postaram się zatem scharakteryzować siebie poprzez te dwie kategorie.
Wiek – trzydzieści trzy i jedna trzecia, a więc liczba okrągła i znamienna. Zdecydowanie za późno na młodzieńczy genialny debiut, o wiele za wcześnie na przesycone mądrością dzieło życia. Urodzony i wychowany w Poznaniu, mieście, które nie wydało żadnego literackiego giganta, mieście do bólu nudnym i pozbawionym fantazji. Bez złudzeń, że można to zmienić, co udowadnia fatalistyczne podejście do świata. Tristan ma pokazać, że mimo wszystko poznańskie pyry nie do końca pozbawione są poczucia humoru. A jeśli niczego nie pokaże? Cóż, zawsze można iść w ślady Cegielskiego, pracować organicznie i u podstaw, prawda?
Gatunekhumor / satyra

Dzieje Tristana i Izoldy inaczej – księgi IV-VI

1 2 3 19 »
– Ogłosić nabór ochotników – niestrudzenie kontynuował książę – Obiecać spory żołd i udział w zyskach, standardowa umowa, na papierze minimalne stawki, bo inaczej zeżrą nas ubezpieczenia i podatki. Zamówić prowiant, trochę broni, jakieś mundury, ale koniecznie na przelew z przedłużonym terminem płatności. Za gotówkę nie kupować. Nie odsyłać oświadczeń o wystawianiu faktur bez podpisu odbiorcy, może ktoś się natnie. Co tylko się da, brać w leasing. I tym razem żadnych głównych sponsorów. Kilkunastu drobnych przyniesie większy zysk, a nie będziemy musieli maszerować owinięci w pieluchy czy podpaski. Zgadzać się najwyżej na małe logo na tarczach, ewentualnie na hełmie – i nic więcej. I natychmiast wysłać list do króla, że idziemy z odsieczą.

Marek Wasielewski

Dzieje Tristana i Izoldy inaczej – księgi IV-VI

– Ogłosić nabór ochotników – niestrudzenie kontynuował książę – Obiecać spory żołd i udział w zyskach, standardowa umowa, na papierze minimalne stawki, bo inaczej zeżrą nas ubezpieczenia i podatki. Zamówić prowiant, trochę broni, jakieś mundury, ale koniecznie na przelew z przedłużonym terminem płatności. Za gotówkę nie kupować. Nie odsyłać oświadczeń o wystawianiu faktur bez podpisu odbiorcy, może ktoś się natnie. Co tylko się da, brać w leasing. I tym razem żadnych głównych sponsorów. Kilkunastu drobnych przyniesie większy zysk, a nie będziemy musieli maszerować owinięci w pieluchy czy podpaski. Zgadzać się najwyżej na małe logo na tarczach, ewentualnie na hełmie – i nic więcej. I natychmiast wysłać list do króla, że idziemy z odsieczą.

Marek Wasielewski
‹Dzieje Tristana i Izoldy inaczej›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMarek Wasielewski
TytułDzieje Tristana i Izoldy inaczej
OpisAutor pisze o sobie (2005):
Pani od polskiego w podstawówce kładła nam do głów, jak ważne dla analizy jest podanie czasu i miejsca akcji. Postaram się zatem scharakteryzować siebie poprzez te dwie kategorie.
Wiek – trzydzieści trzy i jedna trzecia, a więc liczba okrągła i znamienna. Zdecydowanie za późno na młodzieńczy genialny debiut, o wiele za wcześnie na przesycone mądrością dzieło życia. Urodzony i wychowany w Poznaniu, mieście, które nie wydało żadnego literackiego giganta, mieście do bólu nudnym i pozbawionym fantazji. Bez złudzeń, że można to zmienić, co udowadnia fatalistyczne podejście do świata. Tristan ma pokazać, że mimo wszystko poznańskie pyry nie do końca pozbawione są poczucia humoru. A jeśli niczego nie pokaże? Cóż, zawsze można iść w ślady Cegielskiego, pracować organicznie i u podstaw, prawda?
Gatunekhumor / satyra

Księga czwarta
Recepcjonista, stajenni, szeryf, książę i chłop dostają po gębie
Ryszard Lwie Serce przechadzał się po zamkowej komnacie. Przy długich stołach, ustawionych w czworobok, siedzieli jego najbardziej zaufani ludzie, tworzący radę przyboczną, obecnie w stu procentach pijaną. Już od kilkunastu dni żarli i chlali za resztę pieniędzy zainkasowanych za zwycięstwo, lecz w tej chwili zajmowali się raczej czynnością przeciwną do powyższych. Ryszard podszedł do nich i zaczął ich cucić stalową rękawicą, celnymi strzałami prosto w pysk.
– Nie mamy pieniędzy, a Graala nie widać! – wywrzeszczał – Jesteście moją radą, opoje, więc radźcie!
Wódz, niemal utopiony w rzygowinach, podniósł głowę, zrobił arcypoważną minę, wymamrotał niewyraźnie, że trzeba poprosić o pomoc aktualnego króla, a chwilę później znów padł jak martwy. Wszyscy pokiwali głowami, że to doskonały pomysł, ale rychło okazało się, że nikt za cholerę nie może sobie przypomnieć, jak aktualny brytyjski król się nazywa, a trudno i jakoś głupio prosić o pomoc nieznajomego.
– Pieprzyć jego imię – warknął Ryszard – Problemem jest to, że jego zamek jest akuratnie oblężony, i to tak, że mysz się nie prześlizgnie. Książęta zbuntowali się, bo król się kurwi, monarchia traci powagę, a stąd już krok do rewolucji. To nie banda chłopów wymachujących kijami, lecz sami ciężkozbrojni. Nie będzie nam łatwo ich pokonać, a tylko w ten sposób moglibyśmy zaskarbić sobie wdzięczność monarchy.
– Ach, to nic – odparł książę Henryk, zaufany druh Ryszarda – My mamy kompanię kuszników uzbrojonych w ciężkie kusze, a wiesz, Panie, co to znaczy? Bełt przebija tarczę, przebija podwójną zbroję, przebija zawartość zbroi, wychodzi z drugiej strony, a jeśli masz szczęście i na jej drodze znajduje się następny ciężkozbrojny, to jego również można spisać na straty. W Diablo to się nazywa przeszywający atak, bardzo pożyteczna rzecz. Boję się raczej ich przewagi liczebnej.
– Rzeczywiście, trochę nas mało na taką wyprawę – potwierdził władca – Musielibyśmy zebrać ochotników, a na dodatkowy żołd i gęby do żywienia nie mamy już pieniędzy. Wiem! Wiem! Sprzedamy ten cholerny zamek!
– A święte prawo własności? – zapytał niewyraźnie profesor.
– Mam w dupie prawo własności! – krzyknął Ryszard – I wszystkie te nowoczesne wynalazki! Kiedyś, jak zdobyłem zamek, to robiłem z nim, co chciałem, sprzedawałem, dzierżawiłem, burzyłem albo przekazywałem na cele społeczne! Nic z tego, profesor. Wracamy do starego systemu. Ogłoście licytację, a każdego urzędnika skarbowego, jaki się tu pojawi, utopić w gnojówce. Dość już idiotyzmów.
Wszyscy rycerze gorąco poparli Ryszarda, a wciąż protestujący profesor dostał w łeb dzbanem i umilkł.
– Ogłosić nabór ochotników – niestrudzenie kontynuował książę – Obiecać spory żołd i udział w zyskach, standardowa umowa, na papierze minimalne stawki, bo inaczej zeżrą nas ubezpieczenia i podatki. Zamówić prowiant, trochę broni, jakieś mundury, ale koniecznie na przelew z przedłużonym terminem płatności. Za gotówkę nie kupować. Nie odsyłać oświadczeń o wystawianiu faktur bez podpisu odbiorcy, może ktoś się natnie. Co tylko się da, brać w leasing. I tym razem żadnych głównych sponsorów. Kilkunastu drobnych przyniesie większy zysk, a nie będziemy musieli maszerować owinięci w pieluchy czy podpaski. Zgadzać się najwyżej na małe logo na tarczach, ewentualnie na hełmie – i nic więcej. I natychmiast wysłać list do króla, że idziemy z odsieczą.
– Ma gadane – szepnął Reginald do Lancelota – Takiemu władcy warto służyć. I nie pieprzy wciąż o ideałach. Za to najbardziej go cenię.
– Wyleczył się z tego na krucjacie – odpowiedział Lancelot, również szeptem – Szczytne hasła, a chodziło wyłącznie o ropę i dominację nad światem arabskim. Szkoda mi gościa. Marnuje się tutaj, w naszym brudnym, schamiałym średniowieczu.
– A wy wszyscy, wredne, spasione świnie – grzmiał Ryszard – w te dyrdy do roboty! Do dnia licytacji ten zamek ma lśnić czystością. Naprawić i podwyższyć mury, napełnić fosę wodą. I niech wreszcie ktoś przypomni sobie cholerne imię pieprzonego króla Anglii!

W przestronnej sali obleganego zamku król Aleksander Długomogący, dla innego swego przymiotu nazywany częstokroć Aleksandrem Wielkim, spożywał wieczorny posiłek. Zamek, choć od roku oblegany, miał jedną przemiłą zaletę – był praktycznie nie do zdobycia. Monarcha skrzętnie zadbał o to, by podatki z długich lat panowania zamiast na budowę autostrad, pomoc społeczną i inne bzdety, szły na umacnianie murów, uzbrojenie gwardii i zgromadzenie ogromnych zapasów żywności. Aleksander był władcą przewidującym. Zapasy miały wystarczyć jeszcze na wiele lat, a dzięki przechowywaniu w pojemnych, głęboko mrożących chłodniach nie mają szansy zaśmierdnąć czy zepsuć się. Poza tym myślący o każdej ewentualności król stworzył na kilku piętrach system upraw hydroponicznych, a w podziemiach trzymał starannie wyselekcjonowane stado krów mlecznych i mięsnych sprowadzonych z odległych stepów azjatyckich, co gwarantowało absolutne bezpieczeństwo ze strony wirusów powodujących gąbczaste zwyrodnienie mózgu. Prostszymi słowy, żadnych szalonych brytyjskich krów.
Aleksander był człowiekiem mocno już posuniętym w latach, choć jego tytułowa długomożność wcale nie zanikła, wręcz przeciwnie, z każdym rokiem była większa. Są ludzie, którzy z wiekiem młodnieją, nawet w członku, co stanowi – jak mówili poddani – jawne kurestwo i niesprawiedliwość natury, jednak monarcha był w tym względzie innego zdania. Liczny harem złożony z najmilszych kociaków z całej Brytanii mógł zapewnić mu rozrywkę jeszcze na bardzo długo, bo z całkiem sporą częścią nie zdążył się jeszcze zapoznać, a co dopiero zużyć je lub się nimi znużyć. Oblegający nie stanowili więc problemu, który powodowałby u władcy ból głowy. Liczne stadko królewskich bastardów w wieku całkiem już dojrzałym przechodziło aktualnie intensywne szkolenie wojskowe. Doskonała armia na przyszłość.
Pomimo bezdennej przyziemności celu wytyczonego w przeszłości i skutecznie realizowanego przez dziesięciolecia – zdeflorowania i zapłodnienia jak największej liczby swych poddanych płci żeńskiej, by stać się prawdziwym Ojcem Narodu, Aleksander nie był człowiekiem bezrefleksyjnym. Wiedział doskonale, że źle się dzieje w jego państwie, choć w przeciwieństwie do pewnego Duńczyka nie miał ochoty hamletyzować. Czasami żałował szczelnego zamknięcia i braku wiadomości z zewnątrz, przeklinał podłość oblegających, notorycznie zestrzeliwujących wszelkie ptactwo, a zwłaszcza pocztowe gołębie lecące w stronę zamku, zagłuszających transmisje radiowe i satelitarne. Tajny kabel poprowadzony w dawnych czasach pod fortecznymi murami też paskudnicy wywąchali i przecięli. Jedynym źródłem informacji były obserwacje z najwyższej wieży, wznoszącej się na blisko sto jardów nad blanki wewnętrznych murów. Wzrok króla wspomagany starym, lecz wciąż świetnym sprzętem Karl Zeiss Jena, jeszcze z czasów NRD, obejmował otoczenie zamku w promieniu blisko dwudziestu mil. Aleksander widział upadek feudalnego średniowiecznego społeczeństwa i głęboko się tym martwił. Zamiast pary wołów mozolnie ciągnących pług – Massey-Ferguson lub, co gorsza, Ursus. Zamiast drabiniastego wozu przebijającego się błotnistą ścieżką – Land Rover lub, co gorsza, Tarpan. I samoloty British Airways, linii z najbardziej zasuszonymi stewardessami na świecie, przelatujące nieopodal, powodujące potworne migreny u króla i nieregularne miesiączki w haremie. Ale póki co, nie znajdował w sobie siły, by się temu przeciwstawić. Rozkazywanie jest takie męczące – mówił sobie – Może ktoś przyjdzie i uratuje mnie oraz królestwo. Ostatnio dostrzegł ogromne poruszenie pośród oblegających wojsk, spowodowane, jak się okazało, pojawieniem się wściekłej, nieobliczalnej Lady Zdefloruj Mnie, buszującej na zamkowych błoniach. Widać ktoś ulitował się wreszcie nad jej nieszczęsnym narzeczonym i uwolnił go z wysokiej wieży. Może ten tajemniczy wybawiciel trafi i tutaj – myślał Aleksander – byłoby to takie romantyczne. No i nie musiałbym nic robić.

Tristan, Braciszek Tuck i jeszcze jeden uciekinier z Lasu Sherwood, karzełkowaty kurdupel przezwiskiem Mały John (kompletny brak polotu!) przedzierali się przez gąszcz zarośli, stanowiących granicę puszczy. Sama natura postarała się, by legendarny las był niedostępny. Pokryta kolcami, niczym banda jeży, trójka wędrowców udowadniała właśnie prawdziwość trzeciej zasady dynamiki niejakiego Newtona. W tym konkretnym przypadku brzmiała ona: jeśli droga w jedną stronę, do wnętrza lasu jest prawie nieprzebyta, to podobnie będzie w drugą. Niestety, nikomu nie przyszło do głowy wymyślenie krzaków z polaryzowanymi kolcami. Tristan, który wcześniej dziękował losowi, że pozwolił mu zdobyć chroniący prawie przed wszystkim kombinezon bojowy, teraz przeklinał własną głupotę, że nie założył go na tę przeprawę. Na początku mówił: nie warto, to tylko kawałek, potem: jeszcze parę kroków, już nie warto, a teraz, z krwawymi pręgami na twarzy i skłutym tyłkiem ze wściekłością przyznawał, że postąpił jak idiota.
1 2 3 19 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.