Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 października 2018
w Esensji w Esensjopedii

Marek Wasielewski
‹Dzieje Tristana i Izoldy inaczej›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMarek Wasielewski
TytułDzieje Tristana i Izoldy inaczej
OpisAutor pisze o sobie (2005):
Pani od polskiego w podstawówce kładła nam do głów, jak ważne dla analizy jest podanie czasu i miejsca akcji. Postaram się zatem scharakteryzować siebie poprzez te dwie kategorie.
Wiek – trzydzieści trzy i jedna trzecia, a więc liczba okrągła i znamienna. Zdecydowanie za późno na młodzieńczy genialny debiut, o wiele za wcześnie na przesycone mądrością dzieło życia. Urodzony i wychowany w Poznaniu, mieście, które nie wydało żadnego literackiego giganta, mieście do bólu nudnym i pozbawionym fantazji. Bez złudzeń, że można to zmienić, co udowadnia fatalistyczne podejście do świata. Tristan ma pokazać, że mimo wszystko poznańskie pyry nie do końca pozbawione są poczucia humoru. A jeśli niczego nie pokaże? Cóż, zawsze można iść w ślady Cegielskiego, pracować organicznie i u podstaw, prawda?
Gatunekhumor / satyra

Dzieje Tristana i Izoldy inaczej – księgi X-XII

1 2 3 17 »
Tristan, wybrany przez księcia jako najlepiej zorientowany w sprawach materiałów wybuchowych, poszedł sprawdzić tajemniczy przedmiot, natomiast reszta Drużyny cofnęła się, z niecierpliwością oczekując frunących w ich stronę fragmentów rycerza. Zawiedli się srodze, po niecałych pięciu minutach Tristan wrócił w jednym kawałku, trzymając w dłoniach otwartą szkatułkę. Wyjął z niej bogato zdobioną księgę i podał Ryszardowi.
– Wygląda na scenariusz – powiedział.

Marek Wasielewski

Dzieje Tristana i Izoldy inaczej – księgi X-XII

Tristan, wybrany przez księcia jako najlepiej zorientowany w sprawach materiałów wybuchowych, poszedł sprawdzić tajemniczy przedmiot, natomiast reszta Drużyny cofnęła się, z niecierpliwością oczekując frunących w ich stronę fragmentów rycerza. Zawiedli się srodze, po niecałych pięciu minutach Tristan wrócił w jednym kawałku, trzymając w dłoniach otwartą szkatułkę. Wyjął z niej bogato zdobioną księgę i podał Ryszardowi.
– Wygląda na scenariusz – powiedział.

Marek Wasielewski
‹Dzieje Tristana i Izoldy inaczej›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMarek Wasielewski
TytułDzieje Tristana i Izoldy inaczej
OpisAutor pisze o sobie (2005):
Pani od polskiego w podstawówce kładła nam do głów, jak ważne dla analizy jest podanie czasu i miejsca akcji. Postaram się zatem scharakteryzować siebie poprzez te dwie kategorie.
Wiek – trzydzieści trzy i jedna trzecia, a więc liczba okrągła i znamienna. Zdecydowanie za późno na młodzieńczy genialny debiut, o wiele za wcześnie na przesycone mądrością dzieło życia. Urodzony i wychowany w Poznaniu, mieście, które nie wydało żadnego literackiego giganta, mieście do bólu nudnym i pozbawionym fantazji. Bez złudzeń, że można to zmienić, co udowadnia fatalistyczne podejście do świata. Tristan ma pokazać, że mimo wszystko poznańskie pyry nie do końca pozbawione są poczucia humoru. A jeśli niczego nie pokaże? Cóż, zawsze można iść w ślady Cegielskiego, pracować organicznie i u podstaw, prawda?
Gatunekhumor / satyra

Księga dziesiąta
Rzeczywistość mityczna ver. 1.02 beta demo upgrade freeware
Po serdecznym wyściskaniu Godfryda, Emerald przedstawił Drużynie swoich towarzyszy. Choć nie było tam wielkich nazwisk, przekazywanych nam przez ludowe opowieści, od razu było widać, która cholerna banda z Sherwood jest prawdziwa.
– Zwisa mi fakt, że nie nazywam się Robin Hood – mówił uśmiechnięty Emerald, od jakiegoś czasu przywódca zbójców – Zwisa mi również to, że historia moje czyny przypisze jakiemuś niedorozwiniętemu dupkowi. Ci, co trzeba, będą wiedzieli.
Ryszard długo i wylewnie dziękował byłemu giermkowi za pomoc udzieloną w ostatniej chwili, co zdaniem władcy bardzo podnosiło napięcie, a to książę niezwykle lubił. Potem ludziska wymyślają niestworzone opowieści – dumał sobie – o tym, że mam nadprzyrodzoną moc, że mogę w każdej chwili przywołać na ratunek magicznych sprzymierzeńców i wyjdę cało z każdej, najgorszej opresji. Uwielbiam to.
Tristanowi zakręciła się łezka, że nie ma tu starego ślepca, który od razu znalazłby odpowiednie słowa i wysmażył niezły kawałek epopei. O’Merry kochał wręcz takie wydarzenia, zgodne w każdym szczególe z logiką eposu.
Napad orków poczynił większe straty materialne niż ludzkie. Spaliło się kilkanaście namiotów, niektóre z żywnością, której zapasy i tak nie były wielkie, poza tym stracono trochę koni, spłoszonych w chwili ataku. Pewnie gotują się teraz w orkowym garze – myślał zrozpaczony Fulko, przez utratę wierzchowca zdegradowany z ułana na piechura. Zabitych i ciężko rannych wymagających dobicia było niewielu, migiem opatrzono lekko ranionych. Ryszard nakazał jak najszybsze uporanie się z robotą, zebranie manatków i oddalenie się z tego miejsca, by nie prowokować następnego ataku.
Władca omawiał plany na przyszłość z Henrykiem i Wodzem.
– Merlin bawi się z nami – stwierdził gorzko – Chciałem zwykłej walki, choćby nierównej, nawet gdyby ich było pięciokroć więcej od nas – ale walki, spotkania na bitewnym polu, twarzą w twarz. A on się tylko bawi.
– Tak bym tego nie ujął – w głosie Henryka brzmiało powątpiewanie – Załatwiliby nas, gdyby nie niespodziewana pomoc zbójców. Tych orków było zbyt wielu jak na zwykłe igraszki. Nie przeceniaj sił Merlina, tak liczny oddział to i dla niego duża strata. Po co wysłał te siły, nie wiem i nie próbuję zgadywać. Ale to nie zabawa.
– Nie zabiliby wszystkich – twardo odpowiedział Ryszard – Nie mnie, nie ciebie, nie Tristana. Nie tych, którzy z całego serca obiecali mu śmierć, którzy naprawdę się liczą. Wiem, co mówię.
– No dobrze, przyjmijmy, że jest, jak mówisz. Bawi się z nami. Będzie tak nas szarpał, zabijał po kilkunastu. I co zrobisz za miesiąc, za dwa, gdy zostanie przy tobie garstka ludzi?
– A czy potrzebuję więcej? – posępny głos księcia wywoływał dreszcze – Czy potrzebuję Celtów, Uryny i błędnych rycerzy? Czy pięciuset ludzi łażących w kupie ma większe szanse znalezienia kryjówki Merlina niż kilkunastu?
– Ale, mój panie – Henryk nie chciał odpuścić – jak dotąd atakowali nas kawalerzyści, orkowie, wpadaliśmy w pułapki czasowe, pola czasoprzestrzenne, obszary o zmienionej entropii. Jak sam powiedziałeś, nie spotkaliśmy poważnego przeciwnika, wielkiej armii, którą bez wątpienia zebrał Merlin. Gdzie potwory z piekła rodem? Co zrobisz, gdy zjawią się potwory?
– Mam, kurwa, Tristana.
Drużyna kontynuowała podróż w kierunku północnym, przynajmniej tak im się zdawało. Celtowie zachęcali do szybszego marszu, obiecując gorące powitanie w ich siedzibach. Ryszard powątpiewał, czy to dobry pomysł.

– Wpierdolili nam – mówił dowódca orków, stary, szpetny na pysku weteran, próbując zrobić coś z dyndającym kikutem ręki, przeszkadzającym w marszu – a miało być zupełnie inaczej. To my mieliśmy być tym razem bohaterami pierwszoplanowymi, to z naszego punktu widzenia miała być opisywana walka. I mieliśmy zwyciężyć! Reżyser nas oszukał.
– Reżyser nie żyje – bąknął jego adiutant – Nie powinno się lekceważyć skalnych trolli.
– To wszystko przez tych nadętych Yedi – odezwał się jeden z oficerów, macając bandaże na rozbitym łbie – Zakłócili Tao. Zadzierali głowy, jakby byli nie wiadomo kim, pieprzonymi władcami Imperium. I też dostali po dupie, co do jednego. Niepotrzebnie godziłeś się na zabranie ich ze sobą. Tym razem trzeba było nie słuchać Merlina.
– Możesz być pewien, to był ostatni jego rozkaz, jakiego posłuchałem – odpowiedział dowódca – Spadamy stąd, jak najdalej na południe, zanim zaczną się tutaj prawdziwe jatki.
Tak zrobili. Znaleźli świetną kryjówkę w górach, w głębokich jaskiniach, gdzie bez przeszkód rozwijali alternatywny model cywilizacji. Nikt już, oczywiście poza dzieciakami słuchającymi bełkotu bezzębnych starców opowiadających wnukom straszne historie, odtąd nie słyszał o orkach. A szkoda.

W tajnej bazie Merlin oglądał empegi z niedawnej bitwy.
– Znów nam się udało! – powiedział do Graala, stojącego przed magicznym zwierciadłem i wydłubującego pryszcze łyżeczką – Są na granicy załamania. Wystarczy poddusić ich jeszcze odrobinkę – a potem spotkają moją prawdziwą armię. I będzie to ostatni widok w ich życiu.
– A co tam z naszą nieocenioną Uryną? – zapytał Śmierdziel.
– Jest już prawie nasza. Dzielna, przeczysta moralnie i nieprzekupna Uryna wreszcie zbliża się do zajęcia właściwego miejsca w tej historii, nawet o tym nie wiedząc. To naprawdę zabawne.
Czarownik zamknął przeglądarkę i uruchomił program taktyczny.
– Czy wszystkie oddziały już gotowe? – zapytał Graala – Nie będzie żadnych niespodzianek z pułapkami? Wiesz, że nie zniosę kolejnej porażki spowodowanej przez jakiś twój bezmyślny błąd czy głupie niedopatrzenie. Byłbym wtedy bardzo, bardzo zły.
– Wszystko przygotowane, panie. Osobiście sprawdziłem każdy promiennik i generator. Pogubią się w cholerę, jak to wszystko uruchomimy. Ostatnia bitwa odbędzie się dokładnie w tym miejscu i w taki sposób, jak zostało zaplanowane. Martwi mnie tylko sprawa łączności, Merlinie. Może jednak powinniśmy spróbować założyć tam kilka kamer i nadajników, gdyby coś poszło nie tak, skoro magiczna komunikacja będzie niemożliwa?
– Nie! – zdecydowanie odparł mag – Myślisz, że twoje sprytne urządzenia są silniejsze niż moje pole? Pamiętasz samolot? Nie wierzę już w te nowoczesne wynalazki. Poczekamy na osobiste relacje. Przecież nic się nie może stać. Potwory ich zmiażdżą.

Na noc zatrzymali się na łysym pagórku wznoszącym się nad okolicą. Książę chciał być zabezpieczony przed nagłymi, zaskakującymi atakami; słowa Henryka przemawiały do niego bardziej, niż chciał i mógł publicznie przyznać. Może Celtowie faktycznie coś knują, ale dopóki Drużyna jest atakowana, walczą jak inni. Może Uryna rzeczywiście marzy o przejęciu dowodzenia, lecz gdy rzucają się na nich wrogowie, zabija ich jak reszta, walcząc przecież o swoje życie. I może piechota będzie nic nie warta w ostatecznej rozgrywce, gdy tylko błyskawiczny szturm w pełnym galopie ocali jeźdźców przed kulami magicznego ognia, ale na razie ich piki są nieocenione. A Merlin nasyłając kolejne bandy, zabijając po kilku, kilkunastu, wreszcie osiągnie sukces. Jak ten gówniarz Ender zostanę z siedmioma statkami przeciw dziesiątkom tysięcy, a wtedy jeden strzał Tristana nie wystarczy. Nie mam Małego Doktora, który uleczyłby nas z kłopotów. Henryk ma cholerną rację.
Tak naprawdę to nikogo nie mogę być pewien. Tristan zwieje, jak tylko natrafi na ślad tego kociaka, Izoldy. Odkąd nie ma z nami O’Merry’ego, który wywierał na niego dobroczynny wpływ, jego postępowaniem znów rządzi durna pała. Roland w każdej chwili może rozpłynąć się we mgle, przenieść się do swoich czasów – ja też, cholera! – no i wielki, bolesny jak wrzód na dupie problem, Lancelot, dzielny rycerzyk Artura. Co jemu może strzelić do łba? A ja kiedyś myślałem, że to w mojej Brytanii jest bajzel. Czy w moich czasach gościowi, który dowodząc dwunastką niedorozwiniętych umysłowo rycerzy zagarnął dwa sioła przyszłoby do głowy mianować się Najwyższym Królem? Nazywać zdobyczną ruderę, w której pomieszkiwał z żoną i bachorami wójt jednej z tych wiosek, swym zamkiem? Zatrudniać bardów i rozsyłać ich po całej krainie, by rozsiewali kłamliwe rymy o odwadze, bogactwie i szlachetności władcy? To się nie mieści w głowie.
I jeszcze to niespodziewane pojawienie się Achillesa, poprzedzone zniknięciem O’Merry’ego. Nawet dobrze się stało, bo Grek przyniósł wiadomości o ślepcu i Tristan pozostał z nami, a wyglądało przez chwilę, że go stracę. Ale takie spontaniczne przeniesienia? Czy kiedykolwiek wrócę jeszcze do domu, skoro świat popieprzył się tak mocno? Bogowie, nie wytrzymam dłużej tej niepewności. Muszę z kimś pogadać. I wiem, cholera, z kim.
Wyszedł z namiotu i odnalazł Rolanda, stojącego na warcie.
– Nie miałem dotąd sposobności porozmawiać z tobą o sprawie, która nas łączy – powiedział bez ogródek – O naszym istnieniu poza własnym czasem. Nie boisz się tego, takiej niepewnej egzystencji?
1 2 3 17 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.