Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 maja 2018
w Esensji w Esensjopedii

Sebastian Chosiński
‹Kšatrápavan›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorSebastian Chosiński
TytułKšatrápavan
OpisAutor pisze o tekście:
Kšatrápavan to mikropowieść, nawiązujaca w nazewnictwie i sposobie przedstawienia mechanizmów władzy do państwa perskiego w starożytności.
GatunekSF

Kšatrápavan

1 2 3 22 »
– Wczorajsza wycieczka była jedynie próbą wywiedzenia w pole naszych przeciwników. Zastosowaliśmy jedno z najnowocześniejszych dokonań naszych naukowców i, jak się okazało, wszystko poszło zgodnie z planem. Doniesiono mi, że rewizja w pańskim pokoju również… – Adrian drgnął. – Chyba mi pan wybaczy tę drobną niedogodność? – spytał, dostrzegając jego reakcję. – To było konieczne…
– Do czego?
– Do legendy, którą chcemy panu stworzyć – zakomunikował oficer.

Sebastian Chosiński

Kšatrápavan

– Wczorajsza wycieczka była jedynie próbą wywiedzenia w pole naszych przeciwników. Zastosowaliśmy jedno z najnowocześniejszych dokonań naszych naukowców i, jak się okazało, wszystko poszło zgodnie z planem. Doniesiono mi, że rewizja w pańskim pokoju również… – Adrian drgnął. – Chyba mi pan wybaczy tę drobną niedogodność? – spytał, dostrzegając jego reakcję. – To było konieczne…
– Do czego?
– Do legendy, którą chcemy panu stworzyć – zakomunikował oficer.

Sebastian Chosiński
‹Kšatrápavan›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorSebastian Chosiński
TytułKšatrápavan
OpisAutor pisze o tekście:
Kšatrápavan to mikropowieść, nawiązujaca w nazewnictwie i sposobie przedstawienia mechanizmów władzy do państwa perskiego w starożytności.
GatunekSF
1.
Kiedy rozległ się dzwonek, niezadowolony zwlókł się z kanapy, by sięgnąć po odłożonego na stolik pilota. Mrucząc pod nosem, przerwał projekcję holograficznego pornosa i chwiejnym krokiem – po dłuższym odpoczynku zawsze z trudem dochodził do siebie – opuścił niewielkie pomieszczenie, służące mu za sypialnię. W kabinie nawigacyjnej panował półmrok, zapalił więc światło i odczekał chwilę, aż wzrok przyzwyczai się do jarzeniowej poświaty.
– Sugeruję przejście na sterowanie ręczne – poinformował go głosem spedalszczonego playboya po czterdziestce pokładowy komputer. – Zbliżamy się do lądowiska oznaczonego jako cel podróży…
– Za ile minut wylądujemy? – spytał Adrian.
Maszyna przemieliła w swoim elektronowym mózgu pytanie, po czym pewnym siebie głosem oznajmiła wyniośle:
– Nie powinno zająć to więcej niż pół godziny!
– Dobrze – mruknął ni to w odpowiedzi, ni to do siebie. Głośniej zaś zakomenderował: – A teraz, z łaski swojej, wyłącz się. I nie waż się odezwać wcześniej niż po szczęśliwym lądowaniu!
– Jak pan sobie życzy – odparł beznamiętnie komputer, przyzwyczajony już widocznie do takich impertynencji ze strony dowodzącego statkiem. Adrian, choć bardzo się starał, nie dostrzegł w głosie maszyny nawet cienia urazy.
Stary model! Ponoć komputery najnowszej generacji przemawiały do pilotów głosem niezwykle popularnej przed kilkudziesięcioma laty aktorki Julii Roberts, przeżywającej swój niespodziewany renesans ostatnio, kiedy jej klon zaczął występować w cieszących się wielkim uznaniem w całej Galaktyce wirtualnych filmach pornograficznych. Zawsze milej posłuchać kobiety, aniżeli święcącego ogromne triumfy w zamierzchłych czasach Johna Forsythe’a.
Adrian nie zdecydował się jednak do tej pory na kupno najnowocześniejszego sprzętu, obawiając się, że głos boskiej Julii mógłby go w przestrzeni kosmicznej nazbyt rozpraszać.
Lądowanie przebiegło bez najdrobniejszych nawet zakłóceń. Mimo to dopiero po wyłączeniu silników odetchnął z ulgą. Zbyt wiele widział w swoim życiu katastrof, aby grzeszyć nadmiarem pewności siebie. Nie był już najmłodszy i cenił swoją skórę.
– Dotarliśmy na miejsce – poinformował go zaklęty w mechanizm komputera John Forsythe.
– Wiem, do cholery! – burknął Adrian. Nigdy nie lubił gadać po próżnicy i zawsze irytowało go, że ta, jakże pożyteczna, cecha ludzkiej natury nie została zaszczepiona maszynom. – Masz teraz dwadzieścia cztery godziny wolnego. Spożytkuj ten czas – dodał, opuszczając kabinę sterowniczą.
Po otwarciu luku przywitała go uśmiechnięta, nieogolona twarz robotnika pracującego na lotnisku.
– Witamy na Kserksesie! – oznajmił robotnik. Uśmiechnąwszy się ponownie, tym razem od ucha do ucha, postraszył kaskadą nierównych, od dawna zżeranych przez próchnicę zębów.
– Dużo tu macie turystów?
– Panie pułkowniku – nie wiedzieć dlaczego, robotnik tytułował Adriana w taki właśnie sposób – nie nadążamy z przyjmowaniem statków!
– Powinieneś wystąpić w reklamówce, a połowa z nich od razu zrezygnowałaby ze spędzania wczasów na waszej planetce – stwierdził Adrian, na co robotnik skrzywił się tylko nieznacznie, nie bardzo wiedząc, czy został właśnie obrażony, czy pochwalony.
– Zatankuj do pełna! – rozkazał Adrian, rzucając wciąż bardzo niepewnemu siebie robotnikowi elektroniczną kartę dostępu do statku. – Startuję jutro o tej porze – dodał, zeskakując z trapu na betonową płytę, którymi wyłożone było całe lądowisko.
– Jutro? – usłyszał za plecami zdumione pytanie tubylca. – To niemożliwe, pułkowniku.
Adrian odwrócił się na pięcie tak szybko, że zdołał jeszcze kątem oka złowić kolejną wyjątkowo parszywą minę robotnika, którego właśnie w tej chwili zaczął podejrzewać o brak piątej klepki.
– A to dlaczego? – spytał, dla większego efektu cedząc słowa.
– Jutro jest nasze święto narodowe! – wymamrotał prężąc się z dumy robotnik. – Dzień wolny od pracy.
– Co to za święto? – zainteresował się Adrian.
– Sto pięćdziesiąta rocznica urodzin Założyciela Dworu Cesarskiego, pierwszego monarchy Kserksesa! – wyrecytował wyuczoną na pamięć formułkę.
– To wy tu macie cesarza? – zapytał z niedowierzaniem „pułkownik”.
– Mieliśmy – odparł robotnik. – Teraz rządzi nami prezydent Dariusz. Ale kto wie… Podczas kursów politycznych wykładowca wspominał, że być może w niedalekiej przyszłości naród ogłosi go cesarzem…
Mówił coś jeszcze, ale Adrian przestał go słuchać. Chciał na tej planecie pozostać tylko przez jeden dzień i nawet jeśli nagle się okaże, że z przyczyn od niego niezależnych pobyt ten będzie musiał przedłużyć do dwóch dni, nie oznaczało to automatycznie, że ma zamiar zaśmiecać sobie umysł niepotrzebnymi informacjami dotyczącymi ustroju politycznego Kserksesa.
Zdążył już jednak pożałować, że właśnie to miejsce wybrał sobie na uzupełnienie zapasów paliwa.
Po zgłoszeniu swego przybycia młodej i ładnej, ale już znudzonej życiem, urzędniczce w sali przylotów, Adrian udał się do nocnego baru, położonego nieopodal terminalu. Mimo że czuł się zmęczony długą podróżą, postanowił najpierw napić się czegoś mocniejszego. Pił niewiele; zazwyczaj tylko podczas postojów. A że zdecydowaną większość czasu spędzał w przestrzeni kosmicznej – chroniczny alkoholizm mu nie groził.
Siadając na wysokim stołku przy barze, zamówił pięćdziesiątkę czystej.
– Koniecznie zmrożona, nie z lodem – wyjaśnił barmanowi.
Po chwili stanęły przed nim dwa oszronione kieliszki wypełnione niewinnie wyglądającym przezroczystym płynem.
– Od razu na drugą nogę – wytłumaczył barman. – Od firmy. W końcu mamy jutro święto – dodał, gwoli ścisłości.
Adrian bez słowa opróżnił zawartość kieliszków. Otrząsnął się, po czym zamówił jeszcze pół litra miejscowej, nie wiadomo tak naprawdę z czego pędzonej, wódki zwanej korzenną, i zajął miejsce w oddalonym od centrum sali zacisznym boksie.
Nie było mu jednak dane długo cieszyć się samotnością.. Jak potężny żaglowiec, dopłynęła do jego stolika i przycumowała wysoka ciemnowłosa piękność. Gestem dała znak kelnerowi, który natychmiast stanął u jej boku z pustym kieliszkiem w dłoni. Postanowił go na stoliku i, sięgnąwszy po kupioną przez Adriana półlitrówkę, napełnił naczynka.
– Osobliwe maniery – stwierdził Adrian, gdy został już z kobietą sam na sam.
– Nie martw się – odparła brunetka. – Jeżeli przyjmiesz moją propozycję, ta inwestycja – zerknęła na swój kieliszek – na pewno ci się zwróci.
– A jeśli odmówię…?
– Stracisz! I to podwójnie. – Miał wrażenie, że przez twarz kobiety, którą oceniał na nie więcej niż dwadzieścia pięć lat, przemknął, dla mniej bacznego obserwatora niemal niedostrzegalny, grymas niezadowolenia.
“Zdradziłaś się, koleżanko – pomyślał. – A to cię może drogo kosztować”.
– Chcesz mnie namówić na budowę domków jednorodzinnych dla kolonistów na Ganimedzie? – zapytał, nie starając się nawet ukryć ironii w swoim głosie.
– Nie spodziewałam się, że interesuje cię branża budowlana… – odcięła się równie skutecznie. Uśmiech miała uroczy, w czym dużą zasługę miały równe i idealnie białe drobniutkie zęby.
– Nie odrzucam żadnej okazji dorobienia do emerytury. – Sięgnął po kieliszek. – Prosit! – Wypił jednym haustem. Nieznajoma poszła w jego ślady, nie krzywiąc się nawet, czym, zupełnie niechcący, zaimponowała staremu kosmicznemu wilkowi.

2.
Nie znosił kobiet, które tuż po odbytym stosunku sięgały po papierosy. Alisa na szczęście do tej grupy pań się nie zaliczała. Zebrała za to z podłogi swoje porozrzucane niezdarnie rzeczy i zniknęła w łazience, skąd wyszła po paru minutach kompletnie ubrana.
Adrian obserwował ją z rosnącym niedowierzaniem, kiedy schylała się, aby teraz pozbierać z podłogi jego ciuchy. Wszystkie, równo poskładane, położyła na fotelu.
– Ubierz się! – nie zabrzmiało to jak prośba, ale rozkaz. Prawdopodobnie dlatego posłuchał i momentalnie poderwał się z tapczanu. – Nie będę dyskutowała o interesach z gołodupcem – wyjaśniła.
Nieco skrępowany jej przenikliwym wzrokiem, najszybciej jak potrafił wskoczył w spodnie i niedbale zarzucił na siebie koszulę. Wreszcie usiadł naprzeciw Alisy, na drugim końcu ławy.
– Sprawa jest prosta i… – zaczęła kobieta.
– Legalna? – wszedł jej w zdanie.
– Nie jest nielegalna – odparła Alisa po chwili zastanowienia. – Choć jeśli cię złapią, nie wróżę tobie i twojej żonie, jeżeli ją masz, spokojnej starości w domku z ogródkiem na Terze – dodała z naciskiem.
1 2 3 22 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Honorowy obywatel
— Sebastian Chosiński

Tryptyk wojenny: Nocą umówioną, nocą ociemniałą
— Sebastian Chosiński

Tryptyk wojenny: Niech ogarnie cię lęk
— Sebastian Chosiński

Wielki Guslar: Gdzie woda czysta i trawa zielona
— Sebastian Chosiński

Tryptyk wojenny: Nic już nie słychać
— Sebastian Chosiński

Metanoia
— Sebastian Chosiński

Ktoś mnie zawołał: Sebastian!
— Sebastian Chosiński

Kidusz Haszem
— Sebastian Chosiński

Bóg jest czystą nicością
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.