Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 maja 2018
w Esensji w Esensjopedii

Alan Akab
‹Więzień układu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAlan Akab
TytułWięzień układu
OpisAutor pisze:
O autorze może tyle – absolwent technikum chemicznego, ukończył biologię, lecz na równi ze ścisłym umysłem ceni humanizm. Czymże bowiem byłaby ludzka technika, cywilizacja, czy choćby najbardziej udane społeczeństwo bez wiedzy o człowieku, o tym jaki jest naprawdę, jakim chciałby być widziany, czego pragnie i jakie są jego słabości?
GatunekSF

Więzień układu – część 4

1 2 3 19 »
– Gdzie twój lokalizator? Gdzie twoja pluskwa, mały? – jeden z agentów zaczął powoli odwijać zawiniętą wokół nadgarstka smycz, utrzymującą przy nim jedną z wyszczerzonych bestii. – Nie chcesz zostać z rodzicami, tak? Więc pójdziesz z nami!
– A może odstrzelić go na miejscu? – drugi sięgnął do kabury. – Widać, że się nie nadaje. Po co tracić czas i rządowe impulsy…

Alan Akab

Więzień układu – część 4

– Gdzie twój lokalizator? Gdzie twoja pluskwa, mały? – jeden z agentów zaczął powoli odwijać zawiniętą wokół nadgarstka smycz, utrzymującą przy nim jedną z wyszczerzonych bestii. – Nie chcesz zostać z rodzicami, tak? Więc pójdziesz z nami!
– A może odstrzelić go na miejscu? – drugi sięgnął do kabury. – Widać, że się nie nadaje. Po co tracić czas i rządowe impulsy…

Alan Akab
‹Więzień układu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAlan Akab
TytułWięzień układu
OpisAutor pisze:
O autorze może tyle – absolwent technikum chemicznego, ukończył biologię, lecz na równi ze ścisłym umysłem ceni humanizm. Czymże bowiem byłaby ludzka technika, cywilizacja, czy choćby najbardziej udane społeczeństwo bez wiedzy o człowieku, o tym jaki jest naprawdę, jakim chciałby być widziany, czego pragnie i jakie są jego słabości?
GatunekSF
Magazyn
Arto znów był w szybie wentylacyjnym. Nie w tym stoczniowym, lecz tym drugim, kończącym się w doku pasażerskim, którym załogi dokujących gwiazdolotów wchodziły na pokład stacji, czekając aż rampa magnetyczna przeładuje zawartość ładowni ich statku. Przyczołgał się do zamykającej wylot kraty. Przez szerokie otwory wyraźnie widział pierścień dokujący. Klęcząc, obserwował jak kolejny statek powoli zbliża się do stacji, jak dokuje, jak jego pierścień śluzy łączy się z pierścieniem stacji. Operacja została zakończona. Zielone lampy na obrzeżach pierścienia potwierdziły szczelność połączenia. Okrągłe drzwi obu śluz, tej na stacji i tej na statku, otworzyły się cicho, wpuszczając na stację kilku astronautów. Znikli w jednym z pary, prowadzących w głąb stacji, wyjść.
Przed sobą miał jedynie otwartą śluzę i puste wnętrze doku. Po jego drugiej stronie, za ścianą z plaszkła, czekał na niego ogromny kadłub gwiazdolotu. Zdawał się powiększać w jego oczach, przyzywał go, by wszedł na pokład. Pierścień, połączony z jego sekcją dokującą, był wciąż otwarty. Jedynie okrągłe drzwi śluzy gwiazdolotu pozostawały zamknięte. Arto nie potrafił się oprzeć temu wołaniu.
Oparł dłonie o kratę, wczepił w nią palce i mocnym ruchem wyrwał ze swojego miejsca. Zdjęte wcześniej mocujące ją zatrzaski od dawna leżały gdzieś obok. Zawsze robił to samo, choć wiedział, czym się skończy. Jednak coś kazało mu to robić, jeszcze raz i jeszcze. Zawsze.
Powoli zdjął kratę i zawiesił, by zwisała jak klapa. Wysunął nogi i wystawił je na zewnątrz, potem resztę ciała. Zawisł na rękach. Lekko opadł na podłogę. Odwrócił się do śluzy i czekał.
Czekał na to co i tak miało się stać. Tym razem nie próbował wbiec do środka. Maszyny zawsze były szybsze. Za każdym razem, gdy był już blisko, czujniki zaczynały piszczeć. Pierścień odrywał się od stacji i razem ze statkiem powoli odlatywał w kosmos, pozwalając by uciekające powietrze wyrzuciło go w ślad za statkiem, ciągnąc w mroźną, czarną pustkę. Ostatnie, co pamiętał to machanie rękoma, w rozpaczliwej próbie złapania się czegokolwiek. I skóra, pęczniejąca, pękająca i zamarzająca na kość, jak nasiąknięty wodą żel tuż po wetknięciu do zamrażarki.
Lecz tym razem nic się nie działo. Arto czekał i czekał, a wszystko było ciągle takie same. Śluza stacji wciąż otwarta. Ciągle zapraszała, kusiła… Nie, nie wejdę. To pułapka! Nie tym razem! Ale wciąż stał i wciąż nic się nie działo. Czujniki milczały. Przejścia w głąb stacji były otwarte, lecz po strażnikach nie było śladu. W doku był tylko on i statek, niemal tuż przed nim. Zaskoczony, spojrzał na lewe ramię, lecz nie dostrzegł niewielkiej wypukłości, pod którą kryła się pluskwa. Coś się zmieniło. Może tym razem…? Pozwolił sobie na cień nadziei. Zrobił krok, mały krok do przodu. Nic się nie stało. Zrobił kolejny, większy. I kolejny, i jeszcze jeden. I wciąż nic. Czując jak mocno bije mu serce, stanął przy samym pierścieniu doku. Mógł niemal dotknąć go ręką. Kolejny krok.
Stanął w krótkiej przestrzeni łącznikowej, zamkniętej okrągłą płytą włazu. Była tak blisko, że mógłby ją dotknąć. To by wystarczyło. Pod wpływem ciepła jego palców mechanizm natychmiast otworzyłby przejście. Może tym razem się uda, pomyślał z nadzieją, może wreszcie wejdę na pokład. Powoli uniósł i wyciągnął przed siebie prawą rękę.
Płyta rozwarła się sama, zanim do niej sięgnął. Rozerwała się na uciekające w bok trójkąty, chowające się w kadłubie statku. Przeszyła go myśl, że to jednak tylko kolejna sztuczka, że po drugiej stronie nie ma nic, że statek jakoś zniknął i znowu będzie tylko pustka. Lecz nie była. Było tam coś znacznie gorszego.
Płyta znikła i Arto znalazł się twarzą w twarz z grupą starszaków. Ponad tuzin, uzbrojonych w pręty i pierścienie. Ich twarze wykrzywiała wściekłość. Cofnął się, czując jak uginają się pod nim nogi. Niektóre twarze wydały mu się znajome. Jedna przypominała mu Żimmiego. Czyżby to on, czyżby zdradził? Dostrzegł nagły błysk. W jednej z zaciśniętych rąk ujrzał wąski, długi nóż. Spojrzał szybko za siebie, tylko po to, by zobaczyć jak ściana, w której widniał otwór szybu, staje się coraz wyższa, jak szyb ucieka coraz wyżej i wyżej, znikając gdzieś w górze.
– Oszukujesz, Arto! – usłyszał gniewny głos jednego ze starszaków. Odwrócił się, zaskoczony. Przyjrzał się postaci, która to powiedziała i zrozumiał, że jego też zna. Anhelo. To jego dłoń zaciskała się na trzonku prymitywnie skleconego noża. – Chcesz uciec ze szkoły. Uciec ze stacji.
– Zawiodłeś mnie. – Kolejny głos, przerażająco znajomy, a jednak odległy. Nie spojrzał w tamtą stronę. Bał się zobaczyć to, czego się spodziewał, bał się, że gdy go zobaczy, gdy sobie przypomni, to zwariuje do końca. – Nauczymy cię, że tak nie wolno. Nauczymy cię dobrze, na zawsze!
Rzucił się do ucieczki, na oślep, przez jedno z wejść do doku. Wydawało się puste, lecz gdy wbiegł do środka, po obu stronach drzwi pojawili się dorośli, po trzech z każdej strony. Wyrośli znikąd, wszyscy w mundurach Ochrony Stacji, uzbrojeni w karabiny plazmowe. Wszyscy mieli takie same ponure, beznamiętne twarze, wykrzywione i zniekształcone niczym maski demonów z muzeum.
– Kto próbuje uciec, idzie z nami – powiedział jeden z nich. Jednocześnie unieśli karabiny i wymierzyli w niego. – Kto idzie z nami, już nie wraca.
Nie czekał. Rosnące przerażenie rzuciło go do biegu w głąb korytarza, byle dalej, byle w głąb stacji, byle gdzieś się ukryć. Lecz wciąż słyszał za sobą tupot tuzina par nóg, podążających bezbłędnie jego śladem.
Trafił na skrzyżowanie. Lewy korytarz biegł do stoczni, prawy – nie wiedział gdzie. Ale po tamtej stronie stała grupa agentów rządowych. U ich nóg warowały dwa wielkie, czarne psy z wyszczerzonymi kłami. Dookoła, podskakując w powietrzu, unosiły się dziesiątki niewielkich kuleczek automatów poszukiwawczych.
– Gdzie twój lokalizator? Gdzie twoja pluskwa, mały? – jeden z agentów zaczął powoli odwijać zawiniętą wokół nadgarstka smycz, utrzymującą przy nim jedną z wyszczerzonych bestii. – Nie chcesz zostać z rodzicami, tak? Więc pójdziesz z nami!
– A może odstrzelić go na miejscu? – drugi sięgnął do kabury. – Widać, że się nie nadaje. Po co tracić czas i rządowe impulsy…
Nie słuchał. Pobiegł pędem przed siebie, tak szybko, jak tylko potrafił. Za plecami rozbrzmiało ujadanie i śmiech agentów.
– Jeszcze cię dopadniemy! – usłyszał ich zgodne wołanie niczym wydobyte z jednego gardła, ścigające go echem po korytarzu. W panice dostrzegł lecące obok kuleczki automatów. Przyspieszył, lecz one także przyspieszyły. Zawsze były szybsze, nieważne jak prędko biegł.
Uciekał dalej. Dopadł do jednej ze ścian, w której dostrzegł otwór szybu wentylacyjnego. Skoczył, złapał się krawędzi i wsunął do środka. Obok leżała krata. Szybko założył ją na miejsce, lecz ścigające go kuleczki z łatwością przecisnęły się przez jej otwory i otoczyły go, mrugając światełkami i popiskując.
Zaczął przeciskać się w głąb wąskiego szybu, aż dotarł do turbiny. Zdawała się sunąć prosto na niego. Strach niemal zmusił go do odwrotu, lecz zamiast tego zaczął uderzać dłońmi w kuleczki, posyłając je prosto na łopatki turbiny. Szybko pozbył się wszystkich, choć uciekały mu, ani na chwilę nie pozostając w jednym miejscu. Dopiero teraz skręcił w boczne odgałęzienie szybu, które zauważył tuż przed turbiną. Na końcu odkrył inny korytarz, prostopadły do poprzedniego. Zeskoczył na podłogę i zaczął szybko biec, w kierunku domu.
Nie było kuleczek, nie widział psów, lecz za sobą wciąż słyszał tupot ścigających go chłopców. Lecz ten tupot był teraz głośniejszy. Chciał biec dalej, lecz jego nogi zatrzymały się. Spojrzał do tyłu. Do pościgu oprócz agentów, już bez psów, oprócz ludzi z urzędu, dołączyła także jego własna grupa. Wszyscy bez wyjątku, poza dorosłymi, pozwalali prowadzić się Żimmiemu. Słuchali go, a on chciał tylko jednego – by go dla niego złapali.
Zmusił się do biegu. Zaczął kluczyć korytarzami, lecz nieważne jak bardzo się starał, tamci zawsze byli tuż za nim. Niemal czuł na karku ich oddechy. Gdzie nie próbował się ukryć, nieważne jak bardzo starał się ich zgubić, zawsze go znajdowali. Zawsze skręcali dokładnie tam gdzie on. Oni zawsze wiedzą, gdzie jestem, pomyślał przerażony. Nieważne co zrobię, zawsze będą to wiedzieć. Był sam przeciwko całej stacji, nie miał gdzie uciec, gdzie się schować. Pomyślał o domu; wpadł do bocznego korytarza i ujrzał rodziców. Zatrzymał się jak wryty. Oboje spojrzeli na niego zatroskani.
Za sobą usłyszał szybkie kroki, lecz za chwilę wszystkie ucichły. Odwrócił się i zobaczył, że oni wszyscy tam stoją. Choć wściekli, na coś czekali. Na co?
– Arto, kochanie – usłyszał za sobą łagodny głos matki. Odwrócił się. Zdawała się nie widzieć stojącego za nim tłumu, tłumu gotowego na jej oczach rozedrzeć go na strzępy i pokroić na kawałki to co zostanie. – Nie za dużo czasu poświęcasz szkole? O, zobacz, są twoi koledzy – wskazała na tłum. – Znowu pójdziesz się z nimi pobawić?
– Wiesz, że cię kochamy – powiedział ojciec – i pomożemy, jeśli tylko zechcesz. Musisz nam tylko o wszystkim powiedzieć…
1 2 3 19 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Nudna lekcja fantastyki
— Zofia Marduła

Śladami Endera?
— Magdalena Kubasiewicz

Prima Aprilis: Blaszana pułapka
— Wojciech Gołąbowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.