Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 12 grudnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Alan Akab
‹Więzień układu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAlan Akab
TytułWięzień układu
OpisAutor pisze:
O autorze może tyle – absolwent technikum chemicznego, ukończył biologię, lecz na równi ze ścisłym umysłem ceni humanizm. Czymże bowiem byłaby ludzka technika, cywilizacja, czy choćby najbardziej udane społeczeństwo bez wiedzy o człowieku, o tym jaki jest naprawdę, jakim chciałby być widziany, czego pragnie i jakie są jego słabości?
GatunekSF

Więzień układu – część 4

« 1 17 18 19

Alan Akab

Więzień układu – część 4

– Mnie i moją rodzinę, Wil.
Wilan wciąż zaciskał prawą dłoń na rękojeści narzędzia.
– Tylko tyle? – teraz nie musiał udawać, by się roześmiać – Jasne, to drobiazg! Wsiadaj i zapnij fotel. Tylko poczekaj aż ogłoszę nowinę całemu zespołowi, dobrze? – opuścił prawą rękę wzdłuż ciała, chwytając depolaryzator podgiętymi palcami dłoni. Lewą rękę wyrzucił w bok w zapraszającym geście, zawisając w powietrzu – Chłopaki, pomóżcie mi, to zwiejemy wszyscy! Wy i wasze rodziny. Co tam, to tylko trzy setki ludzi, a gwiazdolot jest przystosowany aż dla ośmiu członków załogi. Na pewno damy radę!
– Dość tego! – ryknął Buris. – Nie rób ze mnie idioty! Oferuję ci pomoc, głupcze…
– Głupcze? – powieki Wilana zwęziły się w szczeliny. Wycelował w niego palec lewej dłoni, nie dbając o to, że taki odruch wygląda podejrzanie, że powinien to zrobić prawą ręką. Prawej potrzebował do czegoś innego. – Nie szukałem pomocników i nie bez powodu. Nie masz pojęcia czego chcesz. To nie jest zabawa dla tylu ludzi. Wiesz jak trudno mi będzie zdobyć kapsuły, bez zwracania na to niczyjej uwagi? – mały skok naprzód do następnego, sterczącego ze ściany obiektu, którego mógł się uczepić, jakby w zdenerwowaniu starał się do niego zbliżyć. – Ile wysiłku i dyskrecji kosztuje mnie zdobycie drugiego reaktora? Jak trudno jest załadować WIR do systemu, który jest wciąż podłączony do centrali, jak trudno zrobić to tak, by nikt tego nie zauważył? Jak trudno jest zrobić to wszystko tak, by przedstartowa diagnostyka niczego nie wykryła? Czy potrafiłbyś zrobić choć jedną z tych rzeczy? Zdajesz sobie sprawę z tego, że lot potrwa parę lat? – jeszcze jeden, niedługi przerzut między klamrami. – Ile zapasów muszę ukryć w tym rzekomo pustym kadłubie, by przetrwać te podróż? Nie zdołam wyposażyć statku w układy podtrzymywania życia. Przez całe lata będziemy tkwić w komorach, w WIR-ze, karmieni przez automaty. Żywność musi się do tego nadawać. Wiesz ile rzeczy muszę załatwić, ilu ludzi oszukać, aby ta podróż nie skończyła się naszą śmiercią? A do tego być może, być może – powtórzył z naciskiem – nie zdołam zapewnić miejsca dla siebie. Ryzykuję życiem, zesłaniem do kopalni, by wysłać rodzinę w kosmos. Moim życiem i ich. Czy ty jesteś w stanie się tak poświęcić?
– Jestem gotów. Zrobię wszystko, by w tym pomieszczeniu znalazło się co najmniej pięć kapsuł. Dla naszych żon, dwójki moich dzieci i twojego syna. Ja też mogę zostać.
Wilan wisiał jakieś dwa kroki przed nim. Mógł działać. Nie miałby problemów, lecz w Burisie było coś, co kazało mu się powstrzymać. Jego pewność.
– To nie tylko kwestia chęci i poświęcenia – ostrzegł. – To kwestia możliwości…
– Nie rozumiesz, Wil. Nie masz wyjścia. Zainstalujesz wszystko, także dla nas, albo cię wykoszę. Mówię poważnie.
– Mam jeszcze inne wyjście…
– Jakie? – Buris wykrzywił się w wyzywającym grymasie. – Chcesz mnie zaatakować? Oczywiście, że chcesz. Masz coś w ręce? Nieważne. Ja mam coś lepszego. To nie broń.
Buris powoli wyciągnął prawą rękę przed siebie, unosząc dłoń. Wilan cofnął się o pół odbicia, kiwając przyzwalająco. Buris powoli sięgnął za plecy. Jego beztroska musiała z czegoś wynikać. Miał coś na niego, inaczej by tu nie przychodził.
Buris wyciągnął zza pasa niewielkie urządzenie. Uruchomił je. Projekcje w pomieszczeniu przestały działać. Teraz widzieli wszystko – konsolę, przygotowaną do zdalnego kontrolowania funkcji pokładowego komputera, kontroler ekranu pomieszczenia, czujniki promieniowania, oprzyrządowanie dla przyszłych komór.
Wilan odwrócił prawą rękę. Rozwarł palce na rękojeści depolaryzatora i wsunął go do kieszeni.
– Też nie mam broni – odparł. – Ale potrafię się obyć bez niej.
– Jesteś zdecydowany. – Buris dostrzegł co trzymał w ręku – Wiedziałem, że dobrowolnie na to nie pójdziesz, dlatego… Zrobiłem tu kilka projekcji, Wil, bardzo ładnych i wyraźnych. Gdy coś mi się stanie i moje dane zostaną wycofane z rejestru mieszkańców, wtedy wszystko powędruje prosto do Kosy.
– A ja miałem cię za dobrego człowieka…
– Zatem co powiesz o sobie? Próbujesz uciekać, samemu?
– Dziwisz się? Myślisz, że dzisiaj można komuś pomóc, nie narażając samego siebie? To mały statek, z większym nie dałoby rady. Wszystkim nie pomogę.
– Pozwól, byśmy zrobili to razem, Wil, inaczej pozostaniemy tutaj. Nie wiem czy pracowanie razem przez dziesięć lat jeszcze coś znaczy, lecz ja mówiłem poważnie. Kolej na ciebie.
Wisieli naprzeciwko siebie, obserwując się. Buris wyłączył zakłócanie projekcji. Wszystko znowu znikło. Wilan myślał. Współpraca to szansa, nawet jeśli wymuszona. Przygotowywał się do najważniejszego etapu projektu, do zdobycia komór. Dotąd wytropił tylko dwie. Do odczepienia statku pozostało trochę czasu, ale czy dość, by załatwić kolejne? Dotąd jego minimum wynosiło dwie, teraz wzrosło do pięciu. Jeśli Buris pomoże je załatwić, jeśli pomoże udoskonalić plan, z nawiązką zasłuży na bilet. W najgorszym razie tu zostanę, razem z nim. Może ześlą nas w to samo miejsce?
– Nie pozostawiasz mi wyboru – stwierdził. – Ale to ja o wszystkim decyduję, Buris. Ja wydaję polecenia, a ty je wykonujesz. Żadnych pytań. Powiem ci tylko tyle, ile uznam za stosowne. W tej sprawie nie ma żadnej dyskusji. Jesteś tylko pomocnikiem i pasażerem. Ja jestem kapitanem.
– Nie ufasz mi. Mimo wszystko…
– A ty byś zaufał? – wybuchnął. Przypomniała mu się bomba. Już nie wiedział czy i komu można jeszcze ufać. – To, że się znamy teraz nic nie znaczy.
Chwilę milczeli. Znali się jako pracownicy, lecz sytuacja wymagała od nich o wiele więcej.
– Powiesz mi chociaż gdzie zamierzasz dolecieć? – Buris przerwał milczenie. Podczas rozmowy odpłynął kawałek od włazu. Wyciągnął stopę w kierunku pokrywy, obrócił ciało z pozycji pionowej względem Wilana do pozycji poziomej i stanął na ścianie.
– Arakin. Znajomi pomogą mi tam zniknąć. To Zewnętrzniacy.
– Ufasz im?
– Bardziej niż tobie.
Buris zrozumiał.
– Tylko żadnych więcej gier – spojrzał na depolaryzator.
Zawsze jest jakaś gra, pomyślał kiwając głową. Zawsze.
– Żadnych gier. Nie mów nikomu, nawet żonie.
– Mam jej dać nadzieję? Trochę na to za wcześnie. Dobra, szefie. Co mam robić? Sporo zrobiłeś, lecz nie widzę najważniejszego.
– Już wkrótce. Zaplanowałem wszystko, tylko nie ciebie.
– Masz trzy komory? – Buris popatrzył na niego podejrzliwie.
Jeśli chodziło o ich zdobycie, Wilan wykonał znaczną część pracy. Dyskretnie przygotowywał ludzi odpowiedzialnych za dostarczanie podzespołów, opowiadał im o kłopotach z siecią wewnętrzną i konieczności jej przetestowania. Podświadomie byli gotowi na zaplanowany przez Wilana wypadek podczas testów.
– Będę miał, za kilka dni. Problem w tym, że zamiast trzech będę potrzebował siedmiu!
– Łatwiej będzie zdobyć cały komplet. Osiem.
– Jakbym nie wiedział! – Wilan się zirytował. Załatwiał takie sprawy od miesięcy.– Im więcej bierzesz, tym trudniej to ukryć. Gdy dokumenty trafią do magazynu, dopiero wtedy będę wiedział czy uwierzą w moją wersję.
– A reaktor?
– Komory są ważniejsze. Skup się na tym, co masz zrobić. Zobaczysz jak wiele pracy włożyłem w te drobne usprawnienia. Jutro sam pociągniesz podłączenia do swoich komór. Zobaczymy, czy dasz sobie radę ze świadomością, że od precyzji twojej pracy będzie zależeć los twoich bliskich. Że nie będziesz mógł zawołać techników, by skontrolowali dla ciebie system, że będziesz go musiał sprawdzić sam – wycelował w niego palcem – i że przez ciebie cały plan opóźni się o miesiąc. Miesiąc!
– Zwolnienie statku nie nastąpi prędzej niż za dwa miesiące. Może za półtora.
– Potrzebuję czasu, by dopracować szczegóły i zatrzeć ślady. Uciekamy na wpół sprawnym statkiem! Gdy coś wysiądzie, będziemy skazani. Gdy Urząd w porę wykryje co się dzieje, bez wahania nas zestrzeli. Kilka dni zajmie rozpędzenie się do prędkości, która zapewni nam bezpieczeństwo. Jeśli w tym czasie ktoś powiąże nasze zniknięcie z tym statkiem…
Nie dokończył. Nikt nie zaprotestuje przeciwko zbrodni, bo nikt nie będzie o niej wiedzieć. Najwyżej jakiś dziennikarz zastanowi się dlaczego Flota zniszczyła dopiero co ukończony kadłub. Buris nie rozumiał wagi problemu. Chciał po prostu uciec, nie myśląc ani o tym, jak to zrobić, ani nad szczegółami, o które należało wpierw zadbać.
Buris w milczeniu złapał drabinkę i podciągnął się wzdłuż niej, znikając mu z oczu. Wilan nieoczekiwanie zyskał pomocnika. Choć zmiana była nagła, nie mógł dostrzec śmieszności w grozie sytuacji. By osiągnąć cel, musieli sobie zaufać, lecz ich zaufanie wynikało ze wzajemnego trzymania się za gardło. Prawdziwy sprawdzian nadejdzie, gdy nie zdobędą wystarczającej liczby komór i przyjdzie im wybierać, kto zostanie. Do czego się posuną, by dopiąć swego?
Od teraz w swoich planach musiał uwzględnić także psychikę. Jakby tego było mało, zrozumiał, że zagrożenie mogło być większe niż myślał. Jeśli Buris mógł wszystko odkryć…
• • •
Wrócił do domu w samą porę, by nie niepokoić rodziców, ani o pół godziny za późno. Milczał całą kolację, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Ojciec musiał być w podobnym nastroju. Jego rozmowa z matką była na wpół automatyczna, choć pewnie tego nie dostrzegła. On tak.
Nie od razu położył się do łóżka. Zgasił światło, lecz tylko po to, by ukryć, że nie śpi. Przez długie godziny ślęczał przy słabej poświacie projektora swojej konsoli. Zapomniał o śpiącej na łóżku Lili, zapomniał o wszystkim, z wyjątkiem pluskwy. Przeglądał pliki. Eksperyment, choć się powiódł, zamienił jego plany w garść bezwartościowych pomysłów. Archiwum było jego jedyną nadzieją.
W odrębnym, nie podpisanym dokumencie znalazł notatki objaśniające zawartość plików. Tylko dzięki nim był w stanie cokolwiek zrozumieć. Musiałby spędzić długie miesiące, może lata, ucząc się nanoelektroniki i zasad programowania mikroukładów, by choćby zacząć rozpoznawać symbole, o których mówiły. Pożałował zmarnowanego czasu. To elektronika była kluczem, którego szukał, lecz zamiast nauką, zajmował się grupą, szkołą, rządzeniem… Czy, gdyby obrał inną drogę, zdołałby coś zmienić?
Przeszedł do planów modelu lokalizatora wszczepianego w latach przypadających na swoje narodziny. W jego umyśle z wolna zaczął powstawać schemat działania systemu. Odkrył swoją naiwność. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad złożonością pluskwy czy stopniem skomplikowania systemu. Sądził, że skoro istnieją małe luki, które wykorzystywał na co dzień, to są w nim także większe dziury. Mylił się. Jak mógł uwierzyć, że oszuka coś, co dorośli udoskonalali przez stulecia?
W jednym miał rację – pluskwa nie podglądała, była za to napchana układami kontrolującymi kodowanie i przesyłanie sygnału. Każda miała własny kod identyfikacyjny. Kilka razy dziennie wysyłała sygnał kontrolny, który przez przekaźniki sieci wędrował do centrali systemu. Ten obwód informacyjny nie potrzebował czujników. System mógł go zawsze namierzyć, choć go nie śledził. W odpowiedzi pluskwa otrzymywała dwa zakodowane terminy nadania kolejnego sygnału. Wysyłała potwierdzenie i czekała do określonej godziny. Gdy po wysłaniu sygnału nie otrzymywała instrukcji, wykorzystywała rezerwowy termin. Jeśli za drugim razem również nie połączyła się systemem, komputer wysyłał automaty poszukiwawcze.
Kiedyś zaobserwował, że zwykłe czujniki nie potrafią wykryć pluskwy oddalonej dalej niż dwadzieścia metrów od nich. Nawet to było ustawione. Jego własne ciało tak osłabiało natężenie sygnału, by wywoływał alarm tylko gdy znajdzie się odpowiednio blisko. Luki istniały, bo musiały istnieć. Nadmierna czułość systemu przyczyniłaby się do zbyt wielkiej liczby fałszywych alarmów; gdyby była mniejsza, przestałby spełniać swoje funkcje. Sprawne działanie wymagało strefy swobody – to w niej mieściły się drobne dziecięce oszustwa. Dorośli wciąż starali się zawężać tę swobodę. Na kilku schematach ktoś zaznaczył kółkiem układy nieobecne w starszych wersjach. Najnowsze pliki pochodziły sprzed trzech lat. Mógł wierzyć, że od tego czasu dorośli niczego nie unowocześnili? W szkole było wielu, którzy naprawdę znali się na elektronice – i wszyscy zawiedli. Do akademii szli właśnie tacy jak on – którzy wiedzieli zbyt mało, lecz nie bali się zaryzykować. Miał szczęście, że nie wpadł jak oni, że w porę zrozumiał, iż zwycięstwo jest niemożliwe.
Do dziś ani razu nie żałował, że oduczył się płakać. Teraz przypominał sobie ulgę, jaką dawno temu przynosiły mu łzy. Lecz łzy były niebezpieczne. Potrafiły zdradzić. Kiedyś nie mógł sobie na nie pozwolić, dziś już nie potrafił. Powstrzymywał je niezależnie od woli. Gdy wydał polecenie usunięcia plików, jego umysł zatopił się w goryczy ostatecznej klęski. Tępy ból błąkał się wśród jego myśli, niczym nieproszony, wścibski gość, dźgający raz tu, raz tam. Wiara we własne możliwości wyciekła niczym powietrze przez nieszczelność poszycia. To nie było zwykłe załamanie, jakich przeżył wiele. Tym razem coś tracił.

Tego zaciemnienia, choć położył się ledwie trzy godziny przed rozjaśnieniem, budził się aż pięć razy, żałując, że koszmar nie był prawdziwy.
koniec
« 1 17 18 19
20 marca 2006

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Nudna lekcja fantastyki
— Zofia Marduła

Śladami Endera?
— Magdalena Kubasiewicz

Prima Aprilis: Blaszana pułapka
— Wojciech Gołąbowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.