Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 maja 2018
w Esensji w Esensjopedii

Alan Akab
‹Więzień układu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAlan Akab
TytułWięzień układu
OpisAutor pisze:
O autorze może tyle – absolwent technikum chemicznego, ukończył biologię, lecz na równi ze ścisłym umysłem ceni humanizm. Czymże bowiem byłaby ludzka technika, cywilizacja, czy choćby najbardziej udane społeczeństwo bez wiedzy o człowieku, o tym jaki jest naprawdę, jakim chciałby być widziany, czego pragnie i jakie są jego słabości?
GatunekSF

Więzień układu – część 9

1 2 3 12 »
Arto przydusił przedramieniem szyję młodszaka i cofnął drugą rękę, mierząc się z nim wzrokiem. Ciało chłopca zawisło ponad podłogą. Malec spazmatycznie zacisnął szczęki, jego oddech zamienił się w ciche charczenie. Czas mijał, Arto nie cofał ręki, młodszak, coraz bardziej siny na twarzy, wciąż wisiał nieruchomo, z szyją uwięzioną między ścianą a przedramieniem.

Alan Akab

Więzień układu – część 9

Arto przydusił przedramieniem szyję młodszaka i cofnął drugą rękę, mierząc się z nim wzrokiem. Ciało chłopca zawisło ponad podłogą. Malec spazmatycznie zacisnął szczęki, jego oddech zamienił się w ciche charczenie. Czas mijał, Arto nie cofał ręki, młodszak, coraz bardziej siny na twarzy, wciąż wisiał nieruchomo, z szyją uwięzioną między ścianą a przedramieniem.

Alan Akab
‹Więzień układu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAlan Akab
TytułWięzień układu
OpisAutor pisze:
O autorze może tyle – absolwent technikum chemicznego, ukończył biologię, lecz na równi ze ścisłym umysłem ceni humanizm. Czymże bowiem byłaby ludzka technika, cywilizacja, czy choćby najbardziej udane społeczeństwo bez wiedzy o człowieku, o tym jaki jest naprawdę, jakim chciałby być widziany, czego pragnie i jakie są jego słabości?
GatunekSF
Cień Daela
Wilan, wiedziony instynktem, nie zrezygnował z wizyt w barze. Nie tylko dlatego, by, jak mówił Zefred, zachować wszelkie pozory normalności. Uznał, że to było dobre miejsce na spotkanie. Choć kolonista nie powiedział kiedy ma nastąpić, czuł, że stanie się to wkrótce.
Nie był zaskoczony, gdy zobaczył Zefreda. Zaskoczyło go dopiero, gdy ten usiadł przy innym stoliku zamiast podejść do niego. Posłał mu krótkie spojrzenie. Zefred kiwnął głową. Dziwne, uznał, lecz zaraz potem pomyślał, że Zefred ma sporo racji. O wiele mniej podejrzane będzie gdy to on dosiądzie się do niego. Klient czekający na dostawcę był tu częstym zjawiskiem.
Niespodziewanie doznał dziwnego uczucia, że już gdzieś spotkał kolonistę, zanim skontaktował się z jego żoną. Nie chodziło tylko o rozmowę z Lerszenem, o której właśnie sobie przypomniał, a którą odbyli w tym samym miejscu. To wyglądało tak samo, lecz chodziło o coś innego. O co? To wciąż mu umykało.
Powoli, starając się zwracać na siebie jak najmniej uwagi, wstał i przeszedł do stolika kolonisty. Siadając zauważył jak Zefred obraca w palcach niewielki sześcianik. Kolonista dotknął go opuszkami palców w kilku miejscach, po czym schował. Wilan obserwował bacznie każdy jego ruch. Ciekawe czy on zawsze jest taki ostrożny, pomyślał. Czasami aż do przesady.
– Czy to bezpieczne? – spytał. – Jesteśmy w miejscu publicznym.
– To nielegalne – przyznał Zefred – lecz tu nikt się tym nie przejmie. Zbyt wielu osobom zależy, by w takich miejscach ich rozmowy nie były zarejestrowane. Niemniej, nasz czas jest ograniczony. Ktoś tu w końcu zajrzy.
– Zgaduję, że to spotkanie nie jest bez powodu.
– Nie jest. Wkrótce zaczniemy widywać się częściej, w bezpieczniejszym miejscu, lecz jest coś, co powinieneś zrobić już dziś. Chcę, byś wraz z żoną złożył do biura transferów podanie o wycieczkę, dla całej rodziny. Nieważne gdzie.
– Księżyc? – spytał odruchowo.
– Może być. Zadeklaruj kolejną wyprawę seleniczną bez konkretnego terminu, ale zaznacz, że chodzi o ten miesiąc. Zdołasz uwiarygodnić taki urlop?
Wilan podrapał się po brodzie. Co wspólnego miała wycieczka na skały księżycowe z ucieczką z Układu?
– To może być trudne. Mamy opóźnienia, ale…
– Mówiłeś, że odczepiacie za kilkanaście dni.
Czy Zefred naprawdę myślał, że budowę da się tak dokładnie zaplanować? Niemniej na stanowisku Wilana obecność w początkowej fazie budowy nowej jednostki nie była konieczna. Statkiem zajmowali się wtedy głównie technicy i Obsługa Kosmiczna. Jedynym jego zajęciem byłoby organizowanie zespołu, ale tym mógł się zająć któryś z pozostałych inżynierów. Bardzo wielu z nich, w tym i on, brało urlopy na czas pierwszego miesiąca prac nad nową jednostką. Dopiero potem zaczynała się harówka.
– Teoretycznie tak – zgodził się. – Ale praktycznie…
– Tym lepiej. Biuro nie będzie miało podejrzeń, gdy zażądacie karty wyjazdu o długim czasie ważności.
– Czy mogę chociaż wiedzieć po co? – spytał.
– Nie teraz. Nie wiem czy nie będziemy musieli zmieniać planów. Pamiętaj, wszystko musi wyglądać…
– …naturalnie – dokończył. Zefred kiwnął głową.
– Czy nie byłoby bardziej naturalne, gdybyśmy spotykali się u mnie w domu, zamiast w takim miejscu? – Wilan ruchem głowy wskazał sąsiedni stolik. – Nawet jeśli ktoś coś mi założył, to najwyżej jakiś prymitywny układ…
Przed pierwszym poważnym spotkaniem, w ich domu, Zefred sam przyznał, że jest to najbezpieczniejsze miejsce. Centrala nie uznawała jego stanowiska za sprzyjające podjęciu próby ucieczki czy dokonaniu większej kradzieży. Wilan nie zamierzał im pokazywać jak bardzo się mylili. Reszta stacji była pod stałą obserwacją systemu komputerowego, który potrafił na bieżąco analizować obraz, wyszukiwać oraz śledzić wskazane postacie. Dom był od tego wolny, a mimo to Zefred ani razu nie chciał, by włączył zagłuszanie.
– To nie jest dobry pomysł. Jakiś czas temu rząd próbował po cichu wprowadzić na stacji siatkę nielegalnych podsłuchów. Ludzie o wszystkim się dowiedzieli, rząd musiał się szybko wycofać, lecz społeczeństwo pozostało podejrzliwe.
– Nie bardzo widzę, co to ma do rzeczy z zakłócaniem.
– Każdy kto ma coś do ukrycia podejrzewa istnienie podsłuchu. Włącza zakłócanie, a zakłócanie, zwłaszcza aktywne, jest łatwe do wykrycia. Kosiarze obserwują kto i gdzie go używa, a potem sprawdzają na komputerze co taka osoba robiła przez ostatnie dni. Prawo do prywatności to tylko zawór bezpieczeństwa. Tak naprawdę prywatność gwarantuje jedynie niemożność podsłuchiwania wszystkich naraz, lecz to działa tylko tak długo, jak długo nie zwracasz na siebie uwagi.
Właśnie tak bardzo ostrożny był Zefred. Wilan obiecał sobie, że nie zostanie w tyle i na wszelki wypadek przeszuka cały dom w poszukiwaniu nadajników. Jeśli będzie trzeba, zedrze nawet wykładzinę. Nieważne czy coś znajdzie czy nie, to sprawi, że poczuje się pewniej.
Kolonista wykonał ruch jakby chciał sięgnąć do kieszeni. Zrozumiał, że chce już iść.
– Jest jeszcze jedna rzecz – powiedział Wilan.
Zefred odsunął rękaw i spojrzał na zegarek. Wilan zauważył, że nie był zrobiony z cienkiej, przezroczystej, naklejanej błonki, jak zegarki w układzie, lecz ze sztywnego plastiku w kształcie cienkiej tarczy, przypiętego do przegubu lewej ręki. Jeśli kolonista starał się udawać zwykłego mieszkańca stacji, nie powinien korzystać ze zwykłych zegarków? Spojrzał na swój i zrozumiał. Na jego czasomierzu – wyszukanym, wielofunkcyjnym modelu ze srebrzystą, gustownie zaprojektowaną tarczą – sekundy stały w miejscu. Od razu przypomniał sobie, że zegarki astronautów posiadały ekranowanie.
– Mamy jeszcze trochę czasu – zgodził się – lecz niezbyt dużo.
– Musicie mieć jakieś wolne miejsca – powiedział. – Nie wierzę, że przylecieliście bez zapasu.
Zefred spojrzał na niego chłodno, rozumiejąc, że to nie koniec rozmowy.
– Zawsze planujemy zapas i zawsze się okazuje, że jest potrzebny – odpowiedział. – Każdy ma kogoś, kogo chciałby ze sobą zabrać, lecz to nie zależy od nas. Nasze komory od początku mają wyznaczonego pasażera.
Wilan pamiętał o Burisie. Dostał swoją szansę, lecz Buris pozostał w tym samym miejscu, w którym sam był jeszcze kilka dni temu. Sprawę komplikowało trochę to, że szukając reaktora Buris zabrał się za Podziemie, niemniej… Buris nie zajmował się niczym specjalnym, więc nie był potrzebny. Irytujące, lecz zrozumiałe. Wilan miał nadzieję, że jest dość cenny dla kolonistów, by nakłonić ich do pomocy.
– Ale dla nas mieliście zapas, tak?
– Czego oczekujesz? Transportowca na sto tysięcy kolonistów? Nie jesteśmy aż tacy dobrzy. Mamy tylko dwa wolne miejsca, to wszystko. Wiem, że to stało się nagle. Zabieramy was właściwie w ostatniej chwili, ale nie bez powodu. Jest szansa, mamy wolne miejsca, a wy jesteście nam potrzebni.
– Możesz zagwarantować te dwa miejsca?
– Z dużym prawdopodobieństwem tak. Ciężko jest znaleźć na stacji dwie samotne, wartościowe osoby, bez dzieci. Pozostaje tylko kwestia… dla kogo?
– Dla kogoś komu jestem coś winien. Dokładniej, dla dwójki jego dzieci.
– Nie wiem czy ich rodzice nie spróbują nas zdradzić.
– Myślisz, że tego nie sprawdzałem?
– Myślę, że nie byłbyś w stanie.
Zmierzyli się chłodnym wzrokiem. Zefred mówił jasno, że zanim pozwoli komukolwiek wziąć w tym udział, najpierw dobrze mu się przyjrzy. O nim i o Ene, jak Wilan sam się przekonał, kolonista wiedział gwiaździście dużo.
– Więc? – spytał Zefred. – Kto to jest?
– Buris Warton. Nie masz go na swojej liście?
– Nie znam. Zobaczę kim jest i co da się zrobić. Póki ci nie powiem, nie rób nic.
– Zaczekam – zapewnił. – Ostatnio może się kręcić nieco za blisko Podziemia, ale to z desperacji. Nigdy by się do nich nie przyłączył.
– Tego nie możesz wiedzieć – na twarzy Zefreda pojawił się lekki uśmieszek. – Lecz my będziemy. Mamy dostęp do neuroskanera. Ich, jak na razie, Protektorzy nie potrafią oszukać. Musisz zrozumieć, że nigdy nie odgadniesz kto jest agentem z Urzędu, a kto nie. Są na to zbyt dobrzy. Jeśli myślisz, że ktoś jest agentem to możesz być pewien, że nim nie jest.
Mniej więcej to samo myślał Wilan. Zbyt często gubił się w domysłach. Coś za dużo tych przypadków, jak na parę ostatnich tygodni. Gdybym tylko mógł, pomyślał, sam chętnie zdobyłbym neuroskaner. Może wtedy przestałbym być paranoikiem.
Zefred uznał rozmowę za skończoną. Na chwilę włożył dłoń do kieszeni, wstał i wyszedł nieśpiesznie. Wilan rzucił okiem za swój zegarek. Chwilę trwało nim zsynchronizował się z sygnałem czasu, lecz wkrótce znów zaczął odmierzać sekundy.
1 2 3 12 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Nudna lekcja fantastyki
— Zofia Marduła

Śladami Endera?
— Magdalena Kubasiewicz

Prima Aprilis: Blaszana pułapka
— Wojciech Gołąbowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.