Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 listopada 2018
w Esensji w Esensjopedii

Alan Akab
‹Więzień układu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAlan Akab
TytułWięzień układu
OpisAutor pisze:
O autorze może tyle – absolwent technikum chemicznego, ukończył biologię, lecz na równi ze ścisłym umysłem ceni humanizm. Czymże bowiem byłaby ludzka technika, cywilizacja, czy choćby najbardziej udane społeczeństwo bez wiedzy o człowieku, o tym jaki jest naprawdę, jakim chciałby być widziany, czego pragnie i jakie są jego słabości?
GatunekSF

Więzień układu – część 10

1 2 3 23 »
– Zabijesz go! – ostrzegł Iwen.
– Wypadek. Nie powiedział, że się dusi – uśmiechnął się złośliwie i nacisnął mocniej. – Tamci nic nie powiedzą, a dorośli nie uwierzą, że zrobiłem to, bo tak chciałem. Nie są do tego zdolni.

Alan Akab

Więzień układu – część 10

– Zabijesz go! – ostrzegł Iwen.
– Wypadek. Nie powiedział, że się dusi – uśmiechnął się złośliwie i nacisnął mocniej. – Tamci nic nie powiedzą, a dorośli nie uwierzą, że zrobiłem to, bo tak chciałem. Nie są do tego zdolni.

Alan Akab
‹Więzień układu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAlan Akab
TytułWięzień układu
OpisAutor pisze:
O autorze może tyle – absolwent technikum chemicznego, ukończył biologię, lecz na równi ze ścisłym umysłem ceni humanizm. Czymże bowiem byłaby ludzka technika, cywilizacja, czy choćby najbardziej udane społeczeństwo bez wiedzy o człowieku, o tym jaki jest naprawdę, jakim chciałby być widziany, czego pragnie i jakie są jego słabości?
GatunekSF
Prawda
Udawanie pobytu w szkole było łatwe. Arto nie robił tego po raz pierwszy. Znał stację na wylot, wiedział gdzie się ukrywać i pozostać z daleka od domu. Jedno kłamstwo więcej w całym zbiorniku innych… Oczywiście, nadeszło kiedyś rozjaśnienie, gdy w domu pojawili się Opiekunowie. Gniew rodziców był niczym wobec jego obaw co się z nim stanie; tak bardzo się przestraszył, że potulnie wrócił do wszystkiego, co czekało na niego w szkole.
Teraz było inaczej. Był starszy; konsekwencje mogłyby być poważniejsze, lecz to nie Opiekunów obawiał się najbardziej.
Godzinę przed południem błąkał się po jednym z ludnych korytarzy, gdy nagle stanął jak wryty. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył. Kolonista, ten sam, który był w ich domu, ten od kartki w kieszeni płaszcza, rozmawiał jak gdyby nigdy nic z dwójką strażników z doków! Byli po służbie, lecz wciąż byli w mundurach. Był odwrócony bokiem. Łatwo go rozpoznał. Czujność pojawiła się automatycznie, w odpowiedzi na potrzebę, niezależnie od jego woli. Kryjąc się między ludźmi podszedł do najbliższego skrzyżowania. Skrył się za rogiem, obserwując tak, by nie zwracać uwagi przechodniów. Myśli krążyły wokół tych samych pojęć – zdrada, wrobienie, szantaż.
Jeden z przechodniów znów przesłonił mu widok. Trwało to ledwie chwilę, lecz gdy Arto znów spojrzał na miejsce spotkania, nie było tam już nikogo. Strażnicy szli wolnym krokiem w głąb korytarza, rozmawiając o czymś ze źle udawaną ostrożnością. Kolonista zniknął.
Zorientowanie się w sytuacji zabrało mu ledwie moment. Kilkanaście metrów za miejscem rozmowy dostrzegł wylot bocznego korytarza. Trzymając się ściany szybko dotarł na miejsce. W korytarzu znajdowało się sporo osób; co chwila ktoś go mijał, wchodząc lub wychodząc na główne przejście. Nieważne ile razy Arto wyciągał szyję, stawał na palcach i wymijał dorosłych, nie dostrzegł znajomej sylwetki. Niemożliwe, myślał gorączkowo. W tamtym korytarzu go nie było, tu jest za mało ludzi, by mógł się ukryć i za daleko, by dobiegł do drugiego końca. Gdzie, na przestrzeń, on się podział?
– Szukasz kogoś? – dźwięk znajomego głosu uświadomił mu, że patrzył wszędzie, tylko nie za siebie. Odwrócił się, czując jak na chwilę serce podchodzi mu do gardła. Drugi raz dał się podejść jak zwykły pierwszak. Kolonista miał nie tylko oczy wokół głowy, lecz także przenikał przez ściany – jak udało mu się zniknąć?
– Niech mnie przez śluzę wyrzucą, co tu robisz? – głos kolonisty brzmiał zwyczajnie, lecz coś w jego oczach kazało Arto mieć się na baczności – Gdzie twój towarzysz? Nie powinieneś być w szkole?
– Otchłań ze szkołą! – oskarżenie przywróciło mu głos. Wskazał na korytarz. – Co pan tu robi, z nimi?
– Nie ufasz mi, kapitanie?
– Jesteś dorosły! – Arto był zdenerwowany i zaskoczony. – A to byli strażnicy!
– Łapówki są niebezpieczne, lubią rosnąć – kolonista pochylił się, przesuwając usta nad jego uchem. Szept, ton i barwa głosu zahipnotyzowały Arto. – Lecz istnieją łapówki, które rosnąć nie mogą. To udziały we własnych zamierzeniach. Wpadniecie razem lub razem zyskacie. To daje gwarancję lojalności. Dobry kapitan powinien o tym wiedzieć. Powinien wiedzieć, że powinien trzymać język za zębami. Ucz się, obserwuj. Myśl nim zaczniesz działać.
Bezwiednie kiwnął głową. Był jak w transie, zafascynowany głosem i równie znaczącą treścią. Ktoś taki potrafiłby nauczać, pomyślał w zachwycie. Szept paraliżował, przeszywał dreszczem. Gdy umilkł, odwrócił się ku koloniście.
Dorosły uśmiechał się. Porozumiewawczo uniósł i opuścił brwi. To przywróciło Arto do rzeczywistości. Otrząsnął się zaskoczony. Rozejrzał się szybko dookoła. Kolonista zdobył całą jego uwagę, pośrodku tłumu przechodniów! Wszystko trwało ledwie chwilę. Nikt nie zwrócił uwagi na ich spotkanie.
Rozumiał, co kolonista chciał mu powiedzieć, ale nie potrafił zapomnieć co widział. To byli strażnicy, najgorsi wrogowie, zaraz po Protektorach i Kosie!
– Jak mogę panu zaufać? Nigdy nie rozmawiamy! Tamta kartka nic nie znaczy! Śledzenie…
– Nie chcę wam zaszkodzić. Chcę pomóc. Niestety, nie jesteś w stanie tego sprawdzić. Zawsze będę dwa kroki przed tobą, a ty zawsze będziesz próbował mnie dogonić. Nie zmienimy tego, nie tutaj, nie teraz. Żyjemy w czasach, gdy nie można ufać nawet własnym wspomnieniom, co dopiero nieznanym ludziom. Nie masz wyboru, albo mi zaufasz, albo zostaniesz. Nie będę narażał wszystkiego dla zaspokojenia twojej podejrzliwości. Jasne?
Arto otworzył usta, by odpowiedzieć, lecz kolonista zniknął. W jednej chwili przeszedł między nimi jakiś dorosły, a w następnej kolonisty już nie było. Rzucił szybkie spojrzenia na lewo i prawo. Kolonista szedł nieśpiesznie w stronę głównego korytarza. Dzieliło ich ledwie kilkanaście metrów, lecz gdy tam dobiegł, już go nie było, jakby rozpłynął się w powietrzu, rozpuścił w tłumie anonimowych przechodniów.
Cóż mógł zrobić? Odszedł. Nie zaufał; nie potrafił, lecz stał się ostrożniejszy.
• • •
Odkąd Wilan porzucił swoje plany, wydajność zespołu znacznie się poprawiła. Nie trzymał ludzi krótko, niemniej uparcie wytykał każde niedociągnięcie. To wystarczało. Na tym etapie jego praca była czystą, niemal automatyczną rutyną. Przestał się kryć po kątach, szef był zadowolony – wszystko szło doskonale. Jego cel znów stał się osiągalny, realny – i był na wyciągnięcie ręki. Brak obaw był jednak szkodliwy. Euforia zaczęła zanikać. Wilan zaczął robić to, co robił najlepiej – snuć podejrzenia. Choć te zaczęły go już oplatać niczym pajęczyna muchę, był pewien, że to on jest pająkiem i nie on się w nią złapie. Wiedział zbyt mało o planach Zefreda, nie potrafił się zmusić, by mu zaufać, więc przy każdej okazji patrzył mu na ręce. Po kimś, kto obiecuje aż tyle spodziewał się wszystkiego.
Kolonista Zefred wietrzył katastrofę; koniec Układu miał być końcem ludzkości. Wilan w to nie wierzył. Owszem, wszystko mogło runąć, mógł powstać okres chaosu, lecz po chaosie zawsze powracał porządek. Ludzkość przeszła wiele kryzysów, po każdym rodząc się na nowo, zazwyczaj lepsza. Niewiara w apokaliptyczne wizje nie przeszkadzała mu w podjęciu decyzji. Nie obchodziła go ideologiczna otoczka. Był człowiekiem z zasadami, lecz nie posuwał się do absurdu, by poświęcać im całe życie. Dlaczego Zefred robił to, co robił, było sprawą drugorzędną – jak długo miało to służyć komuś innemu niż Rząd i Flota.
To mu wystarczyło. I nie musiał być hipokrytą.
Czuł, że nieufność pozostanie w nim aż do chwili, gdy poczuje pod stopami twardą powierzchnię wyrytych w gwiazdolocie korytarzy. Wilan był podejrzliwy do szpiku kości; nie wiedział tylko czy był taki już w chwili przybycia na stację, czy odkąd zdołał potwierdzić prawdziwość opowieści Dawta. Skoro nieufność utrzymywała go w formie, nie widział potrzeby, by to zmienić. Wyleczy się gdy już uciekną z tego domu wariatów.

Jego podejrzliwość wzrosła, gdy na hali stoczni zobaczył nie kogo innego, jak samego Zefreda, ubranego w roboczy kombinezon pracownika technicznego. Kręcił się po stoczni jakby był we własnym domu. Zmrażający paraliż wstrzymał Wilana w połowie ruchu. Nie tego oczekiwał po apelach o nie zwracanie na siebie uwagi. Siląc się na spokój, ruszył w jego stronę, przyznając, mimo maskowanej złości, że jego nowy znajomy poruszał się tak pewnie, jakby pracował tu od lat. Tylko osoba znająca z widzenia wszystkich pracowników stoczni poznałaby, że ten człowiek nie powinien tu się znaleźć.
Kolonista spokojnie czekał, zajęty udawaniem, że szuka czegoś po kieszeniach. Gdy Wilan się zbliżył, wyciągnął swój identyfikator.
– Co, na próżnię, pan wyprawia? – spytał cicho, lecz oschle Wilan. – Komputer przy wejściu może rozpoznać…
– Panie Wilan. Wil – poprawił się Zefred. – Komputer uważa mnie za pracownika stoczni i pozostanie tak, gdy tylko zakontraktuje mnie pan jako czasowo zatrudnionego – podsunął mu swój identyfikator.
– Zatrudnionego? Myślałem, że inne plany…
– Tutaj mam dostęp do narzędzi, bez konieczności ich wynoszenia. W tym sektorze stocznia jest najważniejszym miejscem zatrudnienia. Przychodząc tutaj, stale i legalnie, zdołam utrzymać wiele kontaktów. Na przykład z tobą.
Wilanowi natychmiast przypomniały się automaty.
– I nikt nie zauważy, że tak sobie przechodzisz, w tą i z powrotem? Nie powiąże tego ze mną?
– Komputer zainteresuje się tym nie bardziej niż… innymi rzeczami – Zefred ponaglająco pomachał identyfikatorem.
Wilan zbliżył swoją podręczną konsolę do jego karty. Faktycznie, Zefred Hall – o ile to było jego prawdziwe nazwisko – figurował w spisie asystentów do pomocy przy pracach wykończeniowych i uprzątaniu hali. Przypadek czy plan?
– Rozumiem… Po to byłem potrzebny, tak? – mruknął, szybkimi ruchami palców potwierdzając zatrudnienie. Zefred miał pracować przy jego zespole, do niego należała autoryzacja przyjęcia pracownika. – Aby udostępnić stocznię?
1 2 3 23 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Nudna lekcja fantastyki
— Zofia Marduła

Śladami Endera?
— Magdalena Kubasiewicz

Prima Aprilis: Blaszana pułapka
— Wojciech Gołąbowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.