Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 lutego 2018
w Esensji w Esensjopedii

Więzień układu – część 11

[1] 2 3 9 »
– Opuszczam szkołę – odezwał się pierwszy, cicho, by inni nie słyszeli. – Już tu nie wrócę.
– Idziesz do akademii? – spytał Alsza.
– Nie i to musi wam wystarczyć.
– Ostatnia Przystań? – wyszeptał Grejgy.

Alan Akab
‹Więzień układu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAlan Akab
TytułWięzień układu
OpisAutor pisze:
O autorze może tyle – absolwent technikum chemicznego, ukończył biologię, lecz na równi ze ścisłym umysłem ceni humanizm. Czymże bowiem byłaby ludzka technika, cywilizacja, czy choćby najbardziej udane społeczeństwo bez wiedzy o człowieku, o tym jaki jest naprawdę, jakim chciałby być widziany, czego pragnie i jakie są jego słabości?
GatunekSF
Kraty
Obudził się. Serce biło jak oszalałe, choć nic mu się nie śniło. Spojrzał na zegar – był środek zaciemnienia. Chwilę leżał, nasłuchując. Codzienna czujność powróciła. Po kilku minutach to usłyszał – z dołu dobiegał jakiś hałas. O tej porze?
Zerwał się cicho. Nie zapalając światła sięgnął po wzmacniacz. Ze słuchawek wydobywały się jedynie trzaski i piski. Nieważne co robił, nie przekazały ani jednego słowa. Podsłuch był bezużyteczny, choć działał poprawnie. Nie zamierzał zastanawiać się nad przyczyną.
Otworzył drzwi i podkradł się do schodów. Tam usłyszał głos ojca. Był w kuchni. Mówił cicho, lecz drzwi były otwarte. To wystarczyło. Arto był świeżo rozbudzony, jego słuch był czulszy niż za rozjaśnienia. Niemal zrozumiał, co powiedział, lecz głos zamilkł, nim jego słuch się dostosował. Usłyszał czyjąś niegłośną odpowiedź. Ktokolwiek to był, był znacznie ostrożniejszy. Zaczął się wsłuchiwać.
– Ktoś z nas musiał popełnić błąd! – Rozpoznał ten głos. Kolonista! Głos miał spokojny, opanowany, lecz słowa mówiły co innego. – Nie ma innego wytłumaczenia!
Arto zmroził strach. Co on robił w ich domu, o tej porze? Takie wizyty nie były bezpieczne.
– Chcesz powiedzieć, że to my popełniliśmy błąd. – Głos ojca był głośniejszy, zdenerwowanie znacznie wyraźniejsze.
– Ktoś zlecił komputerowi wygrzebanie z baz danych ujęć z waszym udziałem, włączając w to chłopca. Jak myślisz, ile czasu zabierze im statystyczna analiza waszych spotkań? Jak szybko wyciągną na wierzch ten mały drobiazg, że spotkałem się z wami zanim zatrudniłem się w stoczni? Jeśli połapią się w tym, co robimy, przyślą tu takich, którzy nie zadają pytań, tylko od razu pakują do kopalni!
– Pomyślą, że to z rekomendacji męża… – odpowiedziała matka. Też była zdenerwowana.
– Nie skończy się na tym. Będą szukać dalej. Sprawdzą sekwencje z moim udziałem, przypomną sobie kim jestem i… Dotrą do innych. Wykorzystają lokalizatory, by nie będą spuszczać oka z dzieci. Tyle znaczy tu prawo. Właściwie jestem już spalony! – Głuche uderzenie, dłonią lub pięścią.
Arto bezsilnie opadł na schody. Głosy przestały dochodzić do jego sparaliżowanego umysłu. Wiedział kto zwrócił na nich uwagę. Jakiż był głupi, jaki naiwny, jak ostatni kopalniak! Policja musiała być pierwszym miejscem, do którego poszła jego była wychowawczyni, a oni odesłali ją na dół! A potem Wel… W szkole był sprytny, lecz wystarczyło, by opuścił grę i zmierzył się z rzeczywistością… Pierwsza, nieświadoma próba wyrwania się z niej skończyła się porażką.
Tylko żądza zemsty mogła tak go zaślepić. Będąc w szkole, sam na sam z pluskwą, czuł, że żyje wewnątrz stale kurczącej się klatki, duszącej jego umysł. Wczoraj odkrył, że klatka zawsze była otwarta. Odważył się z niej wyjść, tylko po to, by trafić do kolejnego więzienia. Otwarte drzwi okazały się tylko fałszywym wabikiem.
Mógł się przeklinać za to, co zrobił – i przeklinał się – lecz nie mógł cofnąć czasu. Wczoraj pomysł wydawał się rozsądny i logiczny, lecz nie przemyślał go do końca, tak jak nie przemyślał wojny z Anhelem. Kolonista miał rację, był głupim dzieckiem. Zawiódł rodziców i rozczarował kolonistę. Bodajby odgryzł sobie język!

– Nic się nie da zrobić? – Wilan, w piżamie, krążył po pokoju niczym kot w klatce. Chciał się wyrwać na wolność, lecz zamiast tego miał wrażenie, że ściany zaczynają się schodzić, by ich uwięzić. – Tylko sześć dni! To jakaś wyssana ironia! Ile mamy czasu nim…?
– Trzy, najwyżej cztery dni – kolonista zgodnie ze swoim zwyczajem przykleił się plecami do ściany, niczym żywy magnes. – Równie dobrze mogą się dowiedzieć pojutrze.
– Możemy zaatakować komputer? – Ene siedziała przy stole, owinięta w szlafrok. Wyglądała jak przygarbiona, stupięćdziesięcioletnia staruszka. Spojrzała zmęczonym wzrokiem na kolonistę. – Zakłócić jego pracę, nie wiem, zrobić coś z pamięcią…
– A niech nawet unieruchomi to całą stację, tym lepiej! – zgodził się z nią.
– Zamierzam spróbować! Dlatego mówię o trzech dniach, a nie o jednym! – Zefred był zdenerwowany. Wilan wiedział, że tak naprawdę wścieka się na nich, bo okazali się nie dość sprytni. Miał w tym jakąś rację, lecz czemu się dziwił? Byli zwykłymi ludźmi, nie szpiegami! – Ale to tylko odwlekanie. Kosa nie działa szybko, ale skutecznie. Spróbuję ich spowolnić, lecz szybkość to nasza jedyna szansa.
– Mamy trzy dni – wtrąciła Ene. – Prawie wszystko jest już przygotowane. Nie możemy tego jakoś przyspieszyć…?
– Musimy przyspieszyć! Wiele zostało załatwione, lecz wciąż brakuje paru ważnych elementów. Nie jestem nawet pewien czy w tych warunkach uda się to, co już gotowe.
– Nie będziemy czekać aż nas wyłapią! Coś trzeba zrobić!
– Dowiecie się jak tylko coś wymyślę. – Kolonista wyglądał teraz równie staro jak Ene. Jego niedawna energia gdzieś uleciała. – Póki co, muszę zniknąć. To da wam czas. Koniec kontaktów. Może nie wszystkich znajdą, może niektórym się uda…
– Musimy się porozumiewać! – Wilan zaprotestował. – Zwłaszcza teraz!
– I będziemy, lecz w drugą stronę. Po prostu zmienię kontakt. Chłopcy dalej będą robić to, co dotąd, lecz będą musieli być podwójnie ostrożni.
– Dobrze – Wilan powoli okrążył stół. – Pomyślmy spokojnie. Jesteśmy obserwowani, tak? – Zefred skinął głową. – Zatem nie pogorszymy sprawy, jeśli pójdziemy do szkoły i powiemy, że inni uczniowie znęcają się nad naszym dzieckiem. Norrensonowie mogą zrobić to samo. Wprowadzimy trochę zamieszania, może zyskamy…
– Już mamy kłopoty – odparł kolonista. – Więcej nam nie potrzeba. To nie jest żadne wyjście.
– Więc skoro nie da się tego odkręcić, może da się obejść? Jaki był plan, o ile to wciąż nie jest tajemnica? Chcieliście nas przechwycić podczas podróży na Księżyc, czy jak?
Zefred wyjął jakąś kartę i rzucił na stół. Wilan wziął ją do ręki. Przepustka wewnątrzukładowa, mniejsza i cieńsza od tych, te które nosili koloniści. Ich karty na czas pobytu na stacji zastępowały identyfikatory, lecz dodatkowo pozwalały swobodnie przekraczać strzeżone strefy ich macierzystego doku. Przepustki, choć wyglądały podobnie, nie mogły ich zastąpić.
– Każdy miał zdobyć przepustki na opuszczenie stacji – wyjaśnił kolonista. – Jakiekolwiek, choćby na przelot na Księżyc, byle były wiarygodne i pozwalały wejść do doków.
– Toż to bzdura! – Wilan wskazał palcem na znaczek na przepustce. – Coś takiego pozwala wejść tylko na terminale rejsowych kosmolotów! – ze złością rzucił ją z powrotem na stół. – Nigdy byście tam nie zacumowali, nawet lądownikiem, nie mówiąc o gwiazdolocie!
– Nie chodzi o przepustki, lecz o zawarte na nich dane! – kolonista podniósł kartę. Paznokciem odczepił wcześniej wypreparowany element. Nacisnął go kciukiem, przyklejając do skóry i uniósł palec w górę. Mała, srebrzystoszara płytka zabłysła odbitym światłem. – Sposób kodowania informacji personalnych zmienia się zbyt często, jest indywidualny i ma określony czas aktywności. Nie zdołalibyśmy tego podrobić ani skopiować, lecz on tu jest, w takiej przepustce! Lerszen miał wydobyć z nich układy danych, przeprogramować ich interfejs i z ich pomocą spreparować przepustki międzygwiezdne, podobne do tych gwiaździście drogich zezwoleń na odlot. W małych grupkach i z legalnymi przepustkami nie wzbudzilibyśmy podejrzeń. Dotąd się sprawdzało, choć sztuczkę z kartą dopiero przepychamy. Za każdym razem musimy wymyślać coś nowego. W razie kłopotów zaszantażowani przez nas strażnicy będą kryci. Tak długo jak my nie wpadniemy, oni są bezpieczni. To pomaga.
– Więc dlaczego nie możemy odlecieć choćby jutro? – spytała żona.
– Nie wszystkie przepustki są gotowe, a te które są, mają datę aktywacji nastawioną na cztery, pięć dni naprzód. Tylko patrzeć, gdy część z nich zostanie cofnięta. Cały starannie poukładany plan rozmieszczania strażników może ulecieć w kosmos!
Wilan podrapał się po brodzie.
– Faktycznie, ciężko coś przyspieszyć – przyznał. – Nie jestem nawet w połowie tak zdolny.
Zefred myślał nad czymś przez chwilę.
– Może jednak coś da się zrobić – powiedział w końcu. – Znasz stację lepiej od nas. Jesteś inżynierem. Może znajdziesz jakąś lukę, cokolwiek, byle się dostać do doków. Reszta będzie łatwa, lecz całe te podchody służą temu, by was do nich doprowadzić. Was i dzieci.
– Do doków?
– To jedyne wyjście. Przebicie kadłuba zajęłoby zbyt dużo czasu. Wyjście na zewnątrz przez śluzy Obsługi Kosmicznej jest równie trudne jak przez doki. Są wprawdzie inne sposoby, lecz Kosa potrafi się przed nimi dobrze zabezpieczyć. Gdybyśmy się tylko tam dostali…
Łomot na schodach poderwał Ene na nogi. Wszyscy spojrzeli w stronę drzwi. Niech to śluza, pomyślał Wilan, mam nerwy napięte niczym cumownicze włókna.
[1] 2 3 9 »
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Nudna lekcja fantastyki
— Zofia Marduła

Śladami Endera?
— Magdalena Kubasiewicz

Prima Aprilis: Blaszana pułapka
— Wojciech Gołąbowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.