Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 16 października 2018
w Esensji w Esensjopedii

Alan Akab
‹Więzień układu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAlan Akab
TytułWięzień układu
OpisAutor pisze:
O autorze może tyle – absolwent technikum chemicznego, ukończył biologię, lecz na równi ze ścisłym umysłem ceni humanizm. Czymże bowiem byłaby ludzka technika, cywilizacja, czy choćby najbardziej udane społeczeństwo bez wiedzy o człowieku, o tym jaki jest naprawdę, jakim chciałby być widziany, czego pragnie i jakie są jego słabości?
GatunekSF

Więzień układu – część 12

1 2 3 8 »
Jak każdy pogrzeb dziecka, ten także nie przyciągnął wielu ludzi. Dla Arto był pierwszym, na jaki przyszedł. Nie powiedział o nim nikomu, nawet rodzicom. Wiedział o czym by pomyśleli.

Alan Akab

Więzień układu – część 12

Jak każdy pogrzeb dziecka, ten także nie przyciągnął wielu ludzi. Dla Arto był pierwszym, na jaki przyszedł. Nie powiedział o nim nikomu, nawet rodzicom. Wiedział o czym by pomyśleli.

Alan Akab
‹Więzień układu›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAlan Akab
TytułWięzień układu
OpisAutor pisze:
O autorze może tyle – absolwent technikum chemicznego, ukończył biologię, lecz na równi ze ścisłym umysłem ceni humanizm. Czymże bowiem byłaby ludzka technika, cywilizacja, czy choćby najbardziej udane społeczeństwo bez wiedzy o człowieku, o tym jaki jest naprawdę, jakim chciałby być widziany, czego pragnie i jakie są jego słabości?
GatunekSF
Najdłuższe rozjaśnienie
Wszystko co najgorsze zawsze wynikało z braku czasu. Wilan wiedział o tym doskonale. Choćby teraz. Gdyby mieli choćby tydzień więcej, nic nie stałoby na przeszkodzie, by uciec kadłubem. Byleby opuścić stację, potem przechwyciłby ich statek-matka. Dorośli bez problemu weszliby na pokład ze stoczni, tuż przed odcumowaniem. Z możliwościami Zefreda i znajomością elektroniki Lerszena dałoby się tam ukryć te parę dziesiątków ludzi z jego grupy. Dzieci mogłyby do nich docierać partiami, przez kanał. To byłoby ryzykowne, lecz mógł o tym tylko pomarzyć. Był przekonany że gdyby nie Lerszen, zrezygnowanoby z zabrania całej ich grupy – choć, gdyby nie on, być może sprawy nie zaszłyby tak daleko.
Godzinę po przyjściu do stoczni zjawił się kolonista. Wyglądał jak uciekający przestępca, ścigany przez wszystko, co tylko stacja mogła rzucić przeciwko nim. Jego spojrzenie było jeszcze bardziej czujne i chłodniejsze niż zwykle. Poczuł się jak w klatce.
– Dlaczego mam przeczucie, że usłyszę złe wieści? – spytał.
– Mało prawdopodobne, by w naszej sytuacji było miejsce na dobre. Nie wiem czy ucieknę razem z wami. Być może, dla bezpieczeństwa misji, ukryję się na stacji do czasu następnej próby.
– Ukryć się tutaj? W gnieździe os?
– Jeśli będę musiał. Misja jest ważniejsza ode mnie. Lerszen jest ważniejszy. Nadajnik mam spalony. Kosiarze ani Protektorzy nie rozkodowali jeszcze sygnału, ale zaczęli zagłuszać moje przekazy. Służby stacji postawiono w cichy alarm. Jedyną drogą porozumiewania się z Alfą jest nasza załoga. Jutro zejdzie na stację ostatnia zmiana. Do tego czasu cały plan musi być gotowy. Nie ma miejsca na błędy.
– Od początku nie było – przypomniał. – A teraz…
– Nie wpadaj w panikę! Pamiętaj, oni wciąż nic nie wiedzą, ledwie podejrzewają. I jeszcze jedno – Zefred sięgnął do kieszeni. – Teraz ty jesteś liderem. Wasza grupa nazywa się gamma – wręczył mu niewielki, płaski przedmiot. – Twój syn was poprowadzi. Zaufaj mu. Gdy będziecie gotowi do wyjścia z szybu, wyceluj to w śluzę i naciśnij przycisk. Musicie odczekać dziesięć minut. Gdy poczujecie wstrząs, wtedy ruszycie.
– Oczywiście – ścisnął przedmiot jak gdyby był najcenniejszą rzeczą we wszechświecie. Zefred jak nikt inny nauczył go czytać między wierszami, lecz po dzisiejszej akcji jego przewodnik w świecie podstępu i oszustwa miał zniknąć na dobre. Wilan musiał poradzić sobie sam, bez jego wsparcia, przenikliwości, wiedzy o zabezpieczeniach i chłodnej, lecz zawsze uzasadnionej podejrzliwości. Nic nie mógł na to poradzić, mógł jedynie przestać o tym myśleć.
Kolonista sięgnął do kieszeni po coś jeszcze. Po chwili w wyciągniętej dłoni trzymał garść małych przedmiotów. Wyglądały jak przepołowione kulki, rozmiarami przypominające automaty poszukiwawcze.
– To na wypadek gdyby złapały was automaty. To je zablokuje zanim poinformują system, że są na waszym tropie. Zeruje ich pamięć. Wystarczy zostawić je po drodze. Proste, lecz skuteczne. Przyczepiają się do każdej powierzchni, wystarczy je docisnąć i nacisnąć przycisk na kopułce. Po godzinie ulegną samozniszczeniu. Użyj tego tylko gdy zauważysz, że coś was śledzi.
– Nie możemy od razu? Czułbym się pewniej.
– Wierzę, że tak, lecz myśl o przyszłości. System nadzoru stacji jest skomplikowany i bardzo, ale to bardzo dobrze skonstruowany. Za każdym kolejnym razem coraz trudniej znaleźć w nim lukę. Im częściej ją wykorzystujemy, tym bardziej staje się ona widoczna i tym większa jest szansa, że zostanie załatana.
– Rozumiem – przytaknął. – Używać tylko w razie potrzeby.
– To potem. Teraz postaraj się o tym nie myśleć. Schowaj je gdzieś, zapakuj i daj chłopcu, by wyniósł razem z resztą.
– Nie mogłeś dać mi tego na zewnątrz?
– One jeszcze nigdy nie były na zewnątrz. Powstały na miejscu i tylko tutaj mogłem je trzymać, bez obawy, że ktoś je znajdzie. Zajmij się organizowaniem narzędzi. Nikt nie może widzieć jak będziesz je pakował i wynosił, inaczej będziemy zdryfowani na dobre.
Prosto było powiedzieć, trudniej zrobić, jednak Wilan wpadł już na pewien pomysł. Zefred miał zniknąć, lecz dzisiaj wciąż mogli działać wspólnie.
– Powinniśmy zebrać wszystkich w jednym miejscu – oznajmił. – Mogę wykorzystać garść starych raportów, by zarządzić generalny przegląd systemów statku. To zagoni wszystkich do wnętrza kadłuba i da nam wolną rękę w operowaniu na terenie stoczni, ale…
To nie byłoby trudne. Za dnia maszyny pracowały same, obsługa zajmowała się nimi dopiero nocą, a tym kilku pozostałym kręcącym się po stoczni technikom szybko znajdzie odpowiednie zajęcie.
– Będziesz potrzebował kogoś, kto będzie miał oko na śluzę – Zefred odgadł jego zamiary. – Pobawię się w perceptor, lecz mój czas jest ograniczony.
Wyszli z kryjówki. Wilan szybko zabrał się za przygotowania. Tylko to jedno pozwalało mu nie myśleć zbyt dużo o swojej nowej roli, niebezpieczeństwach – i swoim synu.
• • •
Jak każdy pogrzeb dziecka, ten także nie przyciągnął wielu ludzi. Dla Arto był pierwszym, na jaki przyszedł. Nie powiedział o nim nikomu, nawet rodzicom. Wiedział o czym by pomyśleli.
Pomieszczenie było spore, przystosowane do znacznie większych ceremonii. Dziś uczestnicy zajmowali ledwie jego część. Zgromadzili się w centralnej części, gdzie na niewielkim podwyższeniu ustawiono puszkę. Ściana od strony Ziemi była najszersza, zbudowana z plaszklanej szyby, nie tak wielkiej jak na promenadzie, lecz imitujące kosmos barwy, pokrywające sąsiednie ściany i sufit, sprawiały, że rozmywała się w przestrzeni, a okno zamieniało się w wylot tunelu. Przytłumione światło dryfującej w powietrzu lampy pozwalało, by blask wiszącej przed nimi Ziemi lekko błądził po jego krawędziach.
Rodzice Kerella wyglądali staro. W całym wszechświecie nie mogło być nikogo bardziej pogrążonego w żalu, rozpaczy i pustce. Oprócz nich było tu ledwie kilku dorosłych – znajomych lub dalszych krewnych rodziny chłopca. U paru osób, zwłaszcza tych wyglądających na ponad sto lat, odświętne ubrania z trudem skrywały stroje kompensacyjne. Kerell miał szczęście. W bardzo niewielu rodzinach tak odlegli krewni gotowi byli opuścić Ziemię, by wziąć udział w pogrzebie na stacji. Przy rodzicach stała mała dziewczynka, bardzo podobna do Kerella; Arto nawet nie wiedział, że miał młodszą siostrę. Taka już była szkoła – dom się w niej nie liczył.
Przyszli całą klasą. Tylko jemu nie towarzyszyli wystraszeni rodzice. Nie udawali żalu. Arto pamiętał jak inne grupy żegnały swoich towarzyszy. To nie było to samo. Tu i teraz poznał, że naprawdę nie byli jak inne grupy. Coś ich łączyło. Nie spodziewał się, by ktokolwiek z nich zapłakał – może poza Iwenem, gdyby tu był – lecz wiedział dobrze, co czuli. Żal po stracie był dla niego większy, przez świadomość dlaczego tak się stało.
Mimo żalu poczuł dumę. To była jego zasługa. Sprawił, że nikt w jego grupie nie musiał się bać swoich towarzyszy. Jego klasa była planetą spokoju i zaufania, dryfującą przez nieskończoną przestrzeń szkolnej przemocy; czymś pewnym, na czym mogli polegać z zaufaniem i wzajemnym poczuciem bezpieczeństwa. Utraty tego się obawiali, gdy stał nad nieprzytomnym Żimmym i być może właśnie to Żimmy szanował w nim kiedyś najbardziej. Teraz to wszystko znikło, bez swojego opiekuna i pasterza stali się grupką przestraszonych zwierzątek. Śmierć Kerella mogła ich zniszczyć, zastraszyć, lecz miał nadzieję, że to, czego dokonali zwycięży i zbliży ich do siebie, zamiast oddalić.
Górna część spoczywającej na platformie standardowej puszki była otwarta. Kerell był zbyt mały, by ją wypełnić; spokojnie leżał w wielkim, cylindrycznym plastikowym pudle sprawiającym wrażenie jakby czekało na coś jeszcze, a mały chłopiec zawieruszył się tam tylko przez przypadek. Niewielkie stopnie prowadziły ku podium. Na powierzchni walca, od strony głowy, wyryte było imię chłopca, wraz z lakoniczną formułką o odszukaniu spokoju w nieskończonym Wszechświecie i Czasie, stwórcy wszystkiego. Nic nie znaczące słowa sprzed wieków, z czasów gdy nadawały sens życia Tułaczom – to było wszystko, co przetrwało z dawnej epoki wiary. Nikt od wieków nie zwracał uwagi na ich treść. W zwykłym życiu, nawet w śmierci, nie było już dla nich miejsca; były tradycją, pustą formułką akceptowaną bez zrozumienia, jak okazywanie szacunku zwłokom do czasu zwrócenia ich Ziemi, zamiast traktować je jak wysyłane do dekompozycji śmieci, czy wykorzystać do sporządzenia hodowlanej pożywki.
Krewnym Kerella było smutno, lecz jego rodzice rozpaczali naprawdę. Jako pierwsi podeszli do puszki. Z dziwnym uczuciem Arto obserwował jak ojciec chłopca z trudem próbuje nad sobą panować. Matka nawet nie próbowała. Choć ją uspokajał, cały czas płakała. Oby dorośli zezwolili im na kolejne dziecko, pomyślał. Kerell byłby szczęśliwy. Ja też.
Krewni odeszli od puszki. Teraz sami mogli się zbliżyć. Nie musieli, lecz wiedział, że każdy to zrobi i że będzie to dla nich, jak dla niego, czymś więcej niż tylko smutnym obowiązkiem.
1 2 3 8 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Nudna lekcja fantastyki
— Zofia Marduła

Śladami Endera?
— Magdalena Kubasiewicz

Prima Aprilis: Blaszana pułapka
— Wojciech Gołąbowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.