Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 30 listopada 2021
w Esensji w Esensjopedii

‹Krakon 2005›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Organizator GGFF, KGK, KKMF „Dżabbersmok”
CyklKrakon
MiejsceKraków
Od10 lutego 2005
Do13 lutego 2005
WWW

Od świtu do zmierzchu

1 2 3 4 »
Jazda pociągiem do Krakowa przypominała podróż do nieba: horyzont niepokalanie śnieżnobiałych pól niknął w oślepiającej jasności lekkiej mgiełki, w której rozpraszało się wstające słońce. Szkoła na Blachnickiego wydawała mi się dziwnie pusta, niemal wymarła, bez szturmujących wejście tłumów, do których przywykłam na poprzednich Krakonach.

Agnieszka ‘Achika’ Szady

Od świtu do zmierzchu

Jazda pociągiem do Krakowa przypominała podróż do nieba: horyzont niepokalanie śnieżnobiałych pól niknął w oślepiającej jasności lekkiej mgiełki, w której rozpraszało się wstające słońce. Szkoła na Blachnickiego wydawała mi się dziwnie pusta, niemal wymarła, bez szturmujących wejście tłumów, do których przywykłam na poprzednich Krakonach.

‹Krakon 2005›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Organizator GGFF, KGK, KKMF „Dżabbersmok”
CyklKrakon
MiejsceKraków
Od10 lutego 2005
Do13 lutego 2005
WWW
Wykupiłam akredytację i zaczęłam błąkać się po budynku, usiłując przypomnieć sobie rozkład pomieszczeń, w których nie byłam dwa lata. Nie widziałam żadnej znajomej twarzy, więc ustawiłam się w węzłowym punkcie między barkiem a greenroomem, który nadal był tylko Klasą III C, bo nie wisiała na nim żadna kartka informacyjna. Miejsce okazało się doskonale wybrane, bo już po kilku minutach znalazła mnie Ewa Pawelec, a potem pojawili się jeszcze Szymon z Jo’Asią i parę innych osób. Tak się zagadaliśmy, że na oficjalne otwarcie przyszliśmy dopiero w połowie.
Tradycyjnie pierwszą prelekcją był multimedialny i jak zwykle bardzo profesjonalnie poprowadzony wykład Joanny i Macieja Szaleńców, tym razem o alchemii. Prelegenci przewidująco przywieźli ze sobą własny rzutnik i laptop, a nawet przedłużacz (który na wszystkich konwentach jest niezwykle newralgicznym elementem wyposażenia). Dzięki temu prelekcja odbyła się bez przeszkód, czego nie można powiedzieć o prelekcji Doroty Guttfeld „Jak rozpoznawać bogów egipskich z dużej odległości” – podłączenie sprzętu trwało chyba z 20 minut, a bez slajdów Dorota nie bardzo miała o czym mówić. Na szczęście przyniosła również skserowane rysunki co ważniejszych bogów i nimi się posiłkowała.
Na prelekcji o alchemii dowiedzieliśmy się m.in., które z obecnie używanych w chemii słów mają korzenie arabskie: oczywiście wszystkie zaczynające się na „al-”: alembik (ambix – puchar), alkaliczny (al-quali – popioły roślinne), alkohol, eliksir (xerion – lek). W średniowieczu uważano, że alchemia ma korzenie diabelskie lub też odwrotnie, boskie, gdyż oddzielenie światła od ciemności było jakby pierwszym procesem alchemicznym. Hermes Trismegistos był patronem alchemików, a jego przydomek wziął się z egipskiego zwyczaju mówienia „o wielki, o wielki, o wielki [imię]”, kiedy chcieli podkreślić ważność jakiegoś boga. Grecy byli praktyczniejsi i inwokację „po trzykroć wielki” zawarli od razu w boskim imieniu. Starożytni uważali, że materia składa się z czterech żywiołów wymieszanych w różnych proporcjach, a połączenie rtęci z siarką może dać złoto. Pewnie na zasadzie, że jak się coś żółtego zmiesza z czymś metalicznym, to powstanie żółty metal. W dalszej części prelekcji Maciej zdradził jednak, że alchemicy często pisali „nasza rtęć” i „nasza siarka”, więc tak naprawdę mogli mieć na myśli jakieś zupełnie inne substancje.
Po prelekcji o alchemii poszłam na „Druidyzm dla opornych” Dominiki Zduniewicz, Zuzanny Kołomeckiej i Aleksandry Kołomeckiej – te miłe dziewczęta stanowiły organizacyjną podporę Krakonu, bo oprócz tej prelekcji organizowały jeszcze pokazywanki mitologiczne, wykład o japońskich demonach i prelekcję o muzyce. Na prelekcji o druidach oprócz różnych rzeczy o druidach można było poznać celtyckie przysłowia i przesądy, na przykład takie fascynujące porady, że przypadkowo znaleziony koński ząb (chodzi o prawdziwy ząb, a nie roślinę o nazwie „koński ząb”) należy nosić przy sobie, a nigdy nie zabraknie nam pieniędzy. Szkoda, że krowie zęby tak nie działają, bo kilkanaście lat temu, kiedy moja okolica była bardziej dzika, często zdarzało mi się znajdować krowie szczęki lub nawet całe czaszki. Jeżeli przy wstawaniu przewrócimy krzesło, będziemy mieli pecha, od ukochanego nie wolno przyjąć pukla włosów ani czworonoga, a zaćmienie słońca anuluje wszystkie omeny.
<i>fot. Agnieszka Szady</i>
fot. Agnieszka Szady
Na zakończenie prelekcji dziewczyny powiesiły na tablicy schematyczny rysunek druida, po czym pokazywały różne elementy stroju wycięte z papieru i kazały widowni go ubierać. Publiczność zareagowała entuzjastycznie acz niezupełnie zgodnie z oczekiwaniami i biedny druid skończył w bokserkach, satanistycznym podkoszulku, w spiczastej czapie na głowie oraz sierpem i młotem w ręku.
Następnie zaliczyłam wykład „Alternatywna starożytność czyli sandalpunk” – o powieściach i opowiadaniach wykorzystujących motyw starożytności rozwiniętej technicznie do poziomu XIX wieku (na przykład za sprawą jakiegoś genialnego wynalazcy) lub starożytności typu rzymskiego, która dotrwała do XIX wieku, kiedy to pojawiły się wynalazki typu napęd parowy. Coś takiego występuje np. w „Drugiej podobiźnie w alabastrze” M. S. Huberatha, chociaż tam akurat technologia pojawia się bardzo marginalnie, jako niezbyt ważne tło. Prelegent opowiedział też o pewnym cyklu powieściowym, w którym Rzymianie odkrywają Amerykę – narratorem jest Indianin o imieniu Orzeł, który po przypłynięciu do Rzymu nazywany jest Aquilą.
W piątek udało mi się dotrzeć do szkoły po 10.00, akurat na druga połowę prelekcji o średniowiecznej technice arabskiej. Krzysztof Piskorski opowiadał głównie o medycynie, co częściowo pokrywało się z prelekcją Andrzeja Pilipiuka z ubiegłorocznego Falkonu. Szczegółowo opisał organizację szpitali, zwanych po arabsku bismartanami – spore zdumienie widowni wzbudziła informacja, że były one w większości nie tylko powszechnie dostępne i darmowe, ale w co bogatszych wezyratach chorym jeszcze płacono za pobyt w szpitalu, jako rekompensatę za to, że w tym czasie nie mogli pracować. Ponieważ Mahomet powiedział, że „jedna godzina nauki daje więcej, niż doba modlitwy”, nauka w krajach arabskich rozwijała się bujnie; zalecana była wymiana doświadczeń między poszczególnymi ośrodkami, wolność opinii oraz uczciwe cytowanie tego, co napisali inni. Najsławniejszymi lekarzami, oprócz znanego wszystkim Ibn Sinny, czyli Awicenny, byli Al-Razi i Abul Kasis – ten pierwszy był autorem 25-tomowej encyklopedii zdrowia, która była w użyciu niemal do czasów nam współczesnych – jej tom poświęcony zarazom został po raz ostatni wydany w Anglii w roku 1949. Praktycznie każdy ze słynnych lekarzy był jednocześnie poetą (nie wiedziałam, że to poezja arabska po raz pierwszy upowszechniła rymy), matematykiem, filozofem, astronomem i Allach wie, kim jeszcze.
„Lupus Solitarius – Indianin w starożytnym Rzymie”<br><i>rys. Agnieszka Szady</i>
„Lupus Solitarius – Indianin w starożytnym Rzymie”
rys. Agnieszka Szady
Pod koniec prelekcji Krzysztof przeszedł do innych niż medyczne osiągnięć cywilizacji islamu: opowiedział m.in. o nakręcanych sprężynami robotach, które robiły wrażenie na gościach sułtana, podając do stołu. Następnie salę zajął bardzo sympatyczny i obdarzony pięknym głosem Maciej Antecki, który poniekąd kontynuował tematy techniczne, opowiadając nam o dziwacznych wynalazkach z dziedziny transportu. Prelekcja była ilustrowana multimedialną prezentacją, pokazującą fotografie wszystkich tych dziwnych machin – niektóre nigdy nie wyszły poza fazę projektu, większość jednak była zdolna do funkcjonowania. Zobaczyliśmy m.in. takie cuda, jak rowery pancerne, latające czołgi i jeepy, nadmuchiwany samolot firmy Goodyear, śmigłowiec jednoosobowy, samolot bez skrzydeł lub ze skrzydłami w kształcie pierścieni czy myśliwce pokładowe do bombowców B-36, podwieszane pod nimi na specjalnych haczykach. Polskim wkładem w światową myśl techniczną był wykombinowany przez hrabiego Potockiego blaszany sterowiec próżniowy, ciągnięty przez konie (zdziwiłam się, jakim cudem to miało latać – Maciej wyjaśnił, że nie latało, ale w owych czasach wierzono, że próżnia jest lżejsza od powietrza. Cóż, w sumie logiczne).
W samo południe udałam się na wykład trzech druidek o demonach japońskich. Dziewczyny nie miały wprawdzie rzutnika, ale pokazywały obrazki niektórych istot, a pozostałe wyczerpująco opisywały. Uzupełniłam swoją wiedzę wyniesioną z komiksu „Usagi Yojimbo” o wiele praktycznych informacji. Teraz już wiem, że spotkanego wodnika kappa należy pokonać w pojedynku sumo, a jeśli uznam, że nie dam rady, to powinnam mu się ukłonić – on wtedy odkłoni się grzecznie i wyleje sobie wodę z głowy, przez co stanie się niegroźny. Jeżeli będąc w Japonii znajdę na drodze niemowlę, to za nic w świecie nie wezmę go na ręce, gdyż wiem, że natychmiast urośnie ono do kolosalnych rozmiarów i zgniecie mnie na miazgę. Na bagnach będę uważać na trzy łasice z sierpami, rudego kota przepędzę jako wysłannika piekieł, ale za to nie przestraszę się ducha psotnej parasolki. Jeżeli zaś spotka mnie coś wyjątkowo dziwnego, będę wiedziała, że to iluzja wywołana przez złośliwe lisy kitsune.
Miejsce dziewczyn zajął w następnej godzinie Idril, czyli Michał Studniarek, z prelekcją o miejskich legendach w starożytnym Rzymie. Nie udowodniono wprawdzie, by po jego ulicach krążyła porywająca dzieci czarna lektyka, jednak nie brakowało innych dziwnych wymysłów, w które ludzie wierzyli. Na przykład o karczmarzach, którzy zmieniają gości w juczne zwierzęta za pomocą karmienia ich serem. Istnieli też specjalni ludzie, jakby prototyp dziennikarzy, zwani operariusami, którzy zbierali informacje na targach i w innych miejscach publicznych, ale ich w żaden sposób nie filtrowali, dzięki czemu Cyceron bawiąc na prowincji dowiedział się, że od pewnego czasu nie żyje…
O 14.00 miałam okienko, bo jakoś nie chciało mi się iść na wykład o machinach oblężniczych ani o grach komputerowych. Na korytarzu spotkałam świeżo przybyłego Andrzeja Pilipiuka: miał na sobie pąsowy kontusz i wełnianą czapkę z diablimi różkami oraz na piersi malutką Łucję w nosidełku. Przechodząc koło Greenroomu zerknęłam w jego otwarte drzwi – z wnętrza zamachała do mnie Ewa Pawelec i zawołała, żebym weszła. Usiadłam przy stoliku z nią, Idrilem i Szymonem; potem dołączyła do nas Ellen z Łucją. EwaP i Szymon natychmiast podyktowali mi kilka cytatów do kapowniczka; potem rozmawialiśmy sobie o tym i owym. W pewnej chwili podszedł do nas jakiś gżdacz i zaproponował herbatę – szybki rzut oka na nasze plakietki uświadomił mi, że jedyną osobą, która w Greenroomie przebywa legalnie, jest Idril. Nikt nas jednak nie wyganiał, więc rozmawialiśmy dalej spokojnie, aż w końcu opuściłam towarzystwo, by udać się na mitologiczne kalambury.
1 2 3 4 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Polecamy

Zobacz też

Tegoż autora

Szekspir w parku, metro w likwidacji
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Moja wielka, grecka tragedia
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Siła pustyni dla początkujących
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Oboje nie cierpią osób, którym są poślubieni
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

10 naj… : Wehikuły czasu
— Wojciech Gołąbowski, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady

Smętne miny tygrysicy
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Skojarzenia to przekleństwo, lecz możemy dziś dać głowę…
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Ona jest jak wybielacz do duszy
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Ten wrażliwy, ten bojowy i ta trzecia
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Marvel w sosie dostojewskim, czyli co się stało w Budapeszcie
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.