Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

‹Polcon 2005›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Organizator Druga Era
CyklPolcon
MiejsceBłażejewko k. Poznania
Od25 sierpnia 2005
Do28 sierpnia 2005
WWW

W Błażejewku nikt nie usłyszy twojego krzyku

1 2 3 4 »
Jubileuszowy XX Polcon odbył się bez specjalnych fajerwerków, ale i bez większych wpadek. Oddalenie od cywilizacji miało swoje plusy i minusy – wprawdzie do sklepu trzeba było iść kilometrami, ale za to jezioro było piękne i nikt, o ile mi wiadomo, się nie utopił ani nie został przerobiony na wilka szuwarowo-bagiennego… ;-)

Agnieszka ‘Achika’ Szady

W Błażejewku nikt nie usłyszy twojego krzyku

Jubileuszowy XX Polcon odbył się bez specjalnych fajerwerków, ale i bez większych wpadek. Oddalenie od cywilizacji miało swoje plusy i minusy – wprawdzie do sklepu trzeba było iść kilometrami, ale za to jezioro było piękne i nikt, o ile mi wiadomo, się nie utopił ani nie został przerobiony na wilka szuwarowo-bagiennego… ;-)

‹Polcon 2005›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Organizator Druga Era
CyklPolcon
MiejsceBłażejewko k. Poznania
Od25 sierpnia 2005
Do28 sierpnia 2005
WWW
Autobus Poznań-Błażejewko był szczelnie wypełniony uczestnikami Polconu, których z daleka można było rozpoznać po koszulkach z napisami o treści rockowo-fantastycznej, plecakach oraz taszczonym przez niektórych ekwipunku rycerskim. Akredytacja przebiegła sprawnie. Blok D, w którym zostałam zakwaterowana, najwyraźniej nie był remontowany od czasów pierwszego Polconu: spaczone drzwi, obłażąca farba olejna, smętne linoleum… Ale było za to tanio i ogólnie czysto, papieru toaletowego w bród i żadnych przerw w dostawie ciepłej wody, więc uznałam, że nie ma co marudzić.
Punkty programu były rozrzucone dosłownie po całym terenie – odległość między najdalej położonymi salami wynosiła chyba z pół kilometra. Najpierw, oczywiście, poszliśmy wszyscy na oficjalne otwarcie, a potem każdy w swoją stronę – w moim przypadku była to prelekcja „Rola siedmiomilowych butów w społeczeństwie opiekuńczym”. Dotyczyła niekonsekwencji i wewnętrznych sprzeczności w książkach Pratchetta – temat pasjonujący, ale prowadził ją Aquilion, ten od piesków małych, co chciały przejść przez rzeczkę (patrz moja relacja z Krakonu 2005), a on ma niezbyt ciekawy sposób mówienia. Alternatywą była prelekcja Michała Szklarskiego „Wszyscy jesteśmy dewiantami”, nie chciało mi się jednak szukać sali.
Na Polconie było aż 11 równoległych bloków programowych, wliczając w to erpegowe, więc zawsze można było znaleźć coś interesującego. Pewną wadą było to, że nie wydzielono bloków tematycznych, np. konkursy odbywały się w różnych salach i niekiedy zazębiały, co na większości konwentów się nie zdarza.
O 18.00 chciałam iść na prelekcję jakiegoś profesora z UAM o Azji, ale została odwołana i na jej miejsce któryś z braci Szklarskich opowiadał coś o propagandzie – temat ciekawy, ale kiedy weszłam do sali, trwała w niej dyskusja do tego stopnia filozoficzna, że czym prędzej uciekłam. ;-) Przed budynkiem obejrzałam pokazy walk rycerskich w wykonaniu trzech chłopaków mających do spółki dwa miecze i jeden topór, którzy z początku zachowywali się nieco niemrawo, ale potem się rozkręcili.
Rycerz (obrzucając wyzwiskami zabitych wrogów): Zostawię was tutaj! Nawet was nie pochowam! To sprawa organizatorów, czy was pochowają czy nie!
Następnie popędziłam na „Ostatni maraton gwiezdnowojennego kina amatorskiego”. Dlaczego ostatni? Poznański klub miłośników GW uznał, że po powstaniu III Epizodu ich istnienie nie ma sensu, skoro saga się skończyła, i się ponoć rozwiązał. W programie były przewidziane nawet uroczystości pogrzebowe przy ognisku. Maraton był świetny. Nareszcie na własne oczy zobaczyłam legendarny nowy film Staszka Mąderka, ze słynnym „NIKT nie spodziewa się łódzkiego pogotowia!!!”, Pałacem Kultury przerobionym na Świątynię Jedi, Anakinem na zasiłku (rozwalony przed telewizorem chleje piwo, a ciężarna Amidala w szlafroku i lokówkach daje mu po łbie, żeby się wreszcie wziął do jakiejś roboty) i eksterminacją Jar-Jara. Wprawdzie „Stars in Black” nic nie przebije, ale film jest naprawdę fajny. Szczególnie zabawne było, kiedy w tle przechodzi Jar Jar, a Obi-Wan omdlewa z lekka i mówi, że ma wrażenie, jakby tysiące głosów nagle krzyknęły w agonii…
© Agnieszka Szady
© Agnieszka Szady
Bardzo podobał mi się też „I.M.P.S.” – coś jak „Troops”, tylko o szturmowcach patrolujących wielkie miasto, bez efektu „kamery z ręki”, za to z efektami specjalnymi na profesjonalnym, kinowym poziomie. Niezły był film o trzech Sithach walczących na nadmorskim klifie o to, który z nich zostanie nowym uczniem Sidiousa. Dwóch leje trzeciego, po czym pojawia się Maul i wykańcza wszystkich. Wprawdzie Sithowie wyglądali i zachowywali się bardziej jak orkowie, ale sam film był dobry, z jednym niezwykle zabawnym momentem, którego nie zdradzę, żeby nikomu nie psuć ewentualnej przyjemności. Sympatyczny był króciutki film animowany o pilocie Rebelii składającym hołd przyjacielowi na cmentarzu na Hoth. Pokazano też kilka trailerów do fanowskich produkcji, w tym do szeroko na tym konwencie reklamowanego polskiego fan-filmu „Krypta”, którego premiera miała miejsce następnego dnia.
Pokaz skończył się o 21.00, skierowałam swe kroki w stronę ogniska hobbickiego. Szło się na nie bardzo daleko, pustą i umiarkowanie oświetloną aleją wśród drzew. Zaczynał kropić lekki deszczyk. Ognisko było świetne, między innymi dlatego, że dawali na nim za darmo pyszne jedzenie: pieczone pyrki z pastą twarogowo-cebulową oraz coś, co wszyscy nazywali bigosem, choć moje zmysły nie wytropiły kapusty w tych duszonych warzywach z przewagą grubo krojonej cebuli. Nie wiem w końcu, co to było, ale bardzo smaczne. Jedzenie można było otrzymać na papierowej tacce lub na liściu kapusty tworzącym miskę, co było fantastycznym pomysłem.
Nad samym ogniskiem wisiał niezwykle malowniczy kociołek oraz rożen z królikiem. Ludzie siedzieli na trawie wokół ogniska lub stali dookoła. Zjadłam swoją porcję, a że po daszkiem stojącego obok budynku akurat zaczynało folkowo grać paru chłopaków, popląsałyśmy sobie z Druzilą. Ku naszemu rozczarowaniu chłopcy po jednej piosence schowali się w budynku (zdaje się, że chodziło o komary), ale natychmiast się pocieszyłyśmy, bo w owym budynku – określanym na mapce jako sala taneczna – właśnie zaczynał się wieczorek tańca hobbickiego. W zasadzie irlandzkiego, ale i tak prawie wszyscy byli boso. Kapela grała na podwyższeniu, a dziewczyna w koszulce z napisem będącym, jak sądzę, nazwą ich grupy, ustawiła ochotników w cztery rzędy, osobno panie i panów, i wyjaśniła nam zasady tańca, który polegał głównie na braniu kolejnych osób pod rękę i przeplataniu się półkolami przez cały rządek.
Dziewczyna (kończy wyjaśnianie): Proszę uważać i nie wpadać na ludzi.
Uczestnicy (patrzą po sobie).
Achika: Wszyscy zginiemy.
Szkoda, że do tańca niezbyt chętne były osoby przebrane, a kilka wyglądało naprawdę fajnie – śliczna, młodziutka elfka z doczepionymi uszami, łowca, hobbitka w fartuszku i sukni w kratkę i tak dalej. Dość szybko opanowaliśmy figury taneczne i wywijaliśmy do upadłego.
Kiedy skończyły się tańce, zaczął się nieujęty w programie konkurs tolkienowski, ale z braku nagłośnienia nic nie było słychać, więc w padającym coraz intensywniej deszczu wróciłam na kwaterę.
© Agnieszka Szady
© Agnieszka Szady

W piątek rano udałam się na prelekcję „Broń palna i biała w sf” – tytuł był nieco mylący, bo chodziło wyłącznie o serial „Star Trek”. Prelekcja odbywała się na świeżym powietrzu – w muszli koncertowej, i to była jej zasadnicza zaleta, bo prowadzący ją chłopcy mieli jako rekwizyt tylko jeden plastikowy fazer, a resztę pokazywali na odręcznych rysunkach wykonanych flamastrem. Trochę żałowałam, że nie poszłam na odbywający się równolegle konkurs pratchettowski. Obok muszli, w uroczym lasku, odbywała się próba przygotowanego przez ŚKF spektaklu „Arlekin i Walentynki” wg komiksu Neila Gaimana. Zrobiłam im kilka zdjęć. Potem wzięłam udział w „Psychicznym Konkursie Ogólnofantastycznym” Oli i Sławka Graczyków. Był bardzo fajny, bo urozmaicony: oprócz literatury, komiksu i filmu pojawiały się w nim pytania o fanfiki, a nawet… piosenki. Jeśli w cytatach występowały imiona, których z jakichś względów nie dawało się pominąć, Ola i Sławek zastępowali je innymi imionami, co dawało dodatkowy efekt humorystyczny:
Idzie Plastuś co się zowie,
Białe włosy ma na głowie.
W każdym calu idealny
I aseksualny.
Po konkursie zostałam w tej samej sali na spotkaniu z Michałem Studniarkiem; potem poszłam kupić sobie hot-doga w okienku niedaleko recepcji, przez co spóźniłam się na swój własny konkurs cytatów. Na szczęście uczestnicy wiernie czekali. Kazałam im uformować drużyny i rozpoczęłam konkurs, z trudem dzieląc uwagę między jego prowadzenie i spożywanie posiłku. Pytania były w dwóch kategoriach: fantastyczne i pozafantastyczne, tej drugiej nikt nie wybierał, aż w końcu odważyła się drużyna Darka Bielaka i widząc, że nieźle im idzie, trzymali się jej już do końca. Akurat trafiały im się łatwe pytania, np. z Mickiewicza lub „Rejsu”. Jedna z drużyn w kółko trafiała na cytaty na zmianę z „Władcy Pierścieni” i „Alicji w Krainie Czarów”, aż w końcu buntowniczo spytali, czy nie ma żadnych innych.
Po konkursie udałam się na drugi koniec ośrodka, do „sali małej” (urządzonej niczym jakiś refektarz na XIX-wiecznym uniwersytecie: czerwony plusz na ścianach, rzeźbione krzesła), gdzie według programu miała być prelekcja o neopogaństwie, jednak została zamieniona na spotkanie z Iwoną Surmik. Nie czytałam jej książek, ale prowadząca spotkanie Ela Gepfert oraz sama autorka nie poruszały żadnych szczegółów i brak znajomości lektury mi nie przeszkadzał.
Potem poszłam na drugą połowę spotkania z Mają Lidią Kossakowską, a następnie, ponieważ nie było żadnych punktów programu, na których by mi ogromnie zależało, poleżałam w trawie nad jeziorem, patrząc w niebo. Zgromadziwszy nieco energii ziemi i słońca, poszłam do dużej sali na spektakl „Arlekin i Walentynki”. Zaczął się z lekkim opóźnieniem, więc zdążyłam jeszcze przyjrzeć się występowi harfistki, która grała pod brzozami obok muszli koncertowej, znajdującej się przed budynkiem.
1 2 3 4 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Polecamy

Zobacz też

Tegoż autora

Skojarzenia to przekleństwo, lecz możemy dziś dać głowę…
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Ona jest jak wybielacz do duszy
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Ten wrażliwy, ten bojowy i ta trzecia
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Marvel w sosie dostojewskim, czyli co się stało w Budapeszcie
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Pyza na polskich dróżkach albo podróż donikąd
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Dziewoje bylicą przepasane
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Zaufaj indonezyjskiej smoczycy
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Jak to na wojence… brzydko, czyli mały lisek w trybach wielkiej polityki
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Tęczowa magia
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Skok w fabułę bez spadochronu
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.