Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 kwietnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Sztuka przez małe „s”

Esensja.pl
Esensja.pl
Jakiś czas temu spece od marketingu zdali sobie sprawę, że najlepiej sprzedaje się to, co jest społecznie kontrowersyjne, w jakiś sposób szokuje odbiorcę. Obecnie mamy taką sytuację, że w mediach mówi się już tylko o skandalach artystycznych, ewentualnie w różnych programach publicystycznych pokazuje się nam mądre gadające głowy, które mówią, że współczesna sztuka jest na wyczerpaniu. A my nie bardzo wiemy, o co chodzi...

Michał Stankiewicz

Sztuka przez małe „s”

Jakiś czas temu spece od marketingu zdali sobie sprawę, że najlepiej sprzedaje się to, co jest społecznie kontrowersyjne, w jakiś sposób szokuje odbiorcę. Obecnie mamy taką sytuację, że w mediach mówi się już tylko o skandalach artystycznych, ewentualnie w różnych programach publicystycznych pokazuje się nam mądre gadające głowy, które mówią, że współczesna sztuka jest na wyczerpaniu. A my nie bardzo wiemy, o co chodzi...
„Trend w sztuce współczesnej jest, według mnie, nekrofilski — jest przeciwko życiu. A z powodu uwielbienia odchodów, nazwałam tę sztukę fekalną. Oto co widzimy na wystawach: np. wydobywającą się z kobiety kupę albo wręcz kupę autora jako dzieło sztuki. Wystawienie gówienka jako eksponatu muzealnego jest zresztą genialnym aktem.” — mówiła swego czasu w wywiadzie dla „Machiny” Katarzyna Kozyra.
Kiedy kilka lat temu na wystawie w Bazylei polski artysta, Piotr Uklański, sprzedał za 20 tysięcy dolarów kałużę, nikomu — prócz samego wykonawcy — nie było do śmiechu. Okazało się, że sztuką może być absolutnie wszystko, nawet zwykła plama. Coraz trudniej odróżnić dzieło sztuki od śmiecia. Nie potrafimy tego ani my jako widzowie, ani krytycy sztuki. Podczas otwarcia Muzeum Sztuki Współczesnej w Bonn grupa znawców tematu została zaproszona na pokaz przedpremierowy. Ich uwagę przykuła intrygująca instalacja złożona z rur i desek. Ochom i achom nie było końca, aż nadbiegł dyrektor i przeprosił, że robotnicy nie zdążyli usunąć wszystkich rusztowań na czas... Historia ta nie napawa zbytnim optymizmem i nadzieją, że w sztukach plastycznych coś w końcu zmieni się na lepsze. Okazuje się bowiem, że za dzieło sztuki zostaje uznane wszystko to, co znajdzie się na wystawie lub w galerii. To trochę tak jakby powiedzieć, że jeśli coś jeździ po drodze, to na pewno jest to samochód...
Coraz większą popularność zdobywają sztuki performatywne i happeningowe, które — przesycone kiczem i wybujałą wyobraźnią twórcy — są najprawdziwszym jarmarkiem tandety, syntezą plastiku i szkła. Moralny pustostan, który ogarnia takich artystów, jest dla mnie po prostu nieokiełznany i budzi uczucia destrukcyjne, mniej więcej takie, jakie ogarnęły Daniela Olbrychskiego, który kilka lat temu pozwolił sobie z szabelką w ręku wtargnąć do warszawskiej Zachęty, w celu eksterminacji pokazywanych tam prac. Zresztą tamta głośna wystawa — „Naziści” — była początkiem kariery Piotra Uklańskiego — tego od kałuży na podłodze...
Istnieje też coś takiego, jak interwencja artystyczna — czyli ingerencja twórcy w przedmioty nieożywione: zmienianie ich kształtu, dorysowywanie, doklejanie rożnych innych dziwactw. Wszystko oczywiście zgodnie z artystyczną wizją. Interwencją taką podczas tegorocznej edycji Art Basel była dziura w ścianie, wokół której autor domalował flamastrem coś w rodzaju autoportretu. Owa dziura wywołała wielkie poruszenie i została oczywiście uznana za sztukę przez duże „S” i na pewno znalazła swego kupca, który za to — jakże nowatorskie rozwiązanie — zapłacił grubym plikiem zielonych banknotów. No cóż... tym gorzej dla sztuki.
Głównym powodem powstawania nowych „dzieł” jest zrobienie zadymy. To pozwala artyście zaistnieć, ale także niesie ze sobą oczywiste profity finansowe. Jeśli ktoś obrażony tym, co zobaczył na wystawie, wytoczy artyście proces, to nic — takie są koszty tworzenia w dzisiejszych czasach. Dorota Nieznalska przez dwa lata udowadniała w sądzie, że jej „Pasja” (ukrzyżowane męskie genitalia) to dzieło sztuki. Tyleż samo trwała ogólnonarodowa dyskusja na ten temat. Artystka poniosła stosunkowo niedużą karę i z perspektywy czasu chyba ani trochę nie żałuje tego, co zrobiła. Dziś jej nazwisko, pomimo że jednoznacznie wszystkim kojarzy się z minionym skandalem, jest znane w kręgach nie tylko artystycznych, ale także wśród zwykłych, nieobeznanych ze sztuką obywateli. O to przecież chodziło... Wielu z nas lubi wchodzić na imprezę już po jej rozpoczęciu, tylko po to, aby więcej ludzi miało okazję na nas popatrzeć i być może wyrazić później swą opinię. Takie wejścia „z pompą” są w półświatku pół-artystów bardzo cennym i pożądanym działaniem.
Nasz kraj ma swoją specyfikę, która także w świecie sztuki odciska swe piętno. Wydaje się, że mamy więcej tematów zakazanych, niż na przykład Francuzi. Polska jest krajem wyjątkowo religijnym: nasz rodak jest zwierzchnikiem kościoła katolickiego na świecie, mamy najwięcej kościołów ze wszystkich państw Unii Europejskiej, kler stanowi u nas poważny związek zawodowy, a media katolickie coraz bardziej rosną w siłę... To pozwala sądzić, że w najbliższym czasie najwięksi prowokatorzy świata będą zjeżdżali do Polski w poszukiwaniu rozgłosu i sławy. Jeśli bowiem tak łatwo wywołać u nas szok i oburzenie, to nasza ojczyzna ma szansę wkrótce stać się rajem dla wszystkich artystów-popaprańców.
Jestem zwolennikiem tezy Waldemara Łysiaka, że winą za taki stan rzeczy należy obarczyć demokrację. Do tego dodałbym jeszcze charakterystyczną tylko dla naszych czasów tolerancję bylejakości. Picasso powiedział kiedyś, że „sztukę współczesną spycha do kresu przyzwolenie absolutne”. Pozwalamy na istnienie takich pseudo-artystów, których głównym zadaniem jest zrobienie sztuki z niczego. Kilka lat temu we Wrocławiu odbyła się wystawa pod tytułem „Białe w białym”, polegająca na zawieszeniu na białej ścianie całkowicie białych, oprawionych płócien. Żeby było śmieszniej, w drugim pokoju wisiały czarne obrazy na czarnej płaszczyźnie... A krytyka tylko temu przyklaskuje, żeby przypadkiem nie przegapić jakiegoś ważnego wydarzenia artystycznego — tak, jak ich starsi koledzy przegapili kiedyś zupełnie niszowy nurt w malarstwie nazwany później Impresjonizmem — i aby uniknąć ewentualnych posądzeń o „bylejakość” ich krytyki. Czy współczesne dzieła będą za 100 lat tak cenione, jak dziś cenimy płótna Moneta, Degasa czy Cezanne′a? Jakoś trudno mi w to uwierzyć...
Trendem nadrzędnym staje się dziś awangarda. A raczej pseudoawangarda nie stroniąca od różnego rodzaju wynaturzeń i bezsensownych rozwiązań. Jeśli jedynym celem artysty jest zaistnieć w mediach, to artysta ten nie rozumie chyba w ogóle sztuki. Vincent Van Gogh sprzedał za życia tylko jeden obraz — i to w dodatku znajomemu swego brata — a dziś jest uznawany za jednego z najwybitniejszych malarzy, jacy kiedykolwiek chodzili po świecie. Współcześnie nikt już nie będzie się silił na takie poświęcenie, nikt nie chce być niszowy, co najwyżej pseudo-niszowy, bo pojęcie „niekomercyjności” wciąż jest u nas traktowane jako synonim „sztuki ambitnej”. Francuski filozof Jean Baudrillard napisał niedawno: „Sztuka współczesna jest niczym innym, jak wielkim oszustwem — oszustwem praktykowanym na skalę masową”. Nie pomylił się...
Piękno jest dziś zjawiskiem niepożądanym. Piękno jest brzydkie i banalne. Kojarzy się z konsumpcjonizmem, ładniutkimi piosenkarkami o idealnych wymiarach i doklejanych rzęsach. Fotografowanie i jakiekolwiek uwiecznianie rzeczy pięknych uchodzi za rzecz tak prostą, że aż niewartą artystycznych zabiegów. Ładne kobiety fotografuje rzemieślnik, artysta uczyni modelkę ze starej kobiety chorej na raka skóry. Nastąpiło totalne przewartościowanie wartości, używając terminologii F. Nietzschego. Jeśli praca budzi wstręt to dobrze. Jeżeli zachwyca i urzeka pięknem — coś jest z nią nie tak. Tymczasem w starożytnej Grecji piękno polegało na stosowności, na użyteczności i dostosowaniu jej do przeznaczenia wykonanego przedmiotu. Najdalej w tych rozważaniach poszedł jeden z uczniów Sokratesa — Ksenofont mówiący, że „najpiękniejsze są oczy wypukłe, bo najlepiej widzą i wielkie usta, bo są najodpowiedniejsze do jedzenia”. Współcześnie chyba już nikt nie powie, że Trabant „na chodzie” jest piękniejszy od BMW „na cegłach”, jednak takie pojęcie piękna wydaje się być wciąż logiczne i nie pozbawione racji. Dzieło, które posiada pewną wartość nie tylko w aspekcie semiotycznym, ale także estetycznym, może być użyteczne przez sam fakt swego istnienia. Popularne stwierdzenia „ta muzyka do mnie trafia”, „ten obraz działa na moją wyobraźnię” są wyrazem tego, że poznawane, doświadczane dzieło sztuki posiada rzadkiego rodzaju moc: potrafi zmienić nasze myślenie, coś nam powiedzieć o nas samych, uczynić nas lepszymi ludźmi. Może rozwijać w nas empatię, wrażliwość i wpływać na nasze przyszłe decyzje. Współcześnie takie doznania są niestety spychane na margines przez łatwiejszy do wygenerowania przez przemysł artystyczny hedonizm.
Dzieło sztuki jest dziś produktem i towarem dystrybuowanym na szeroką skalę. Jest jak proszek do prania, odkurzacz, telewizor. Można je swobodnie reklamować, umieścić na plakatach, koszulkach, kubkach itd. Każdy może mieć w domu swojego Moneta albo Van Gogha, z internetu ściągnąć dowolny album z muzyką. Filmy na płytach DVD są dołączane niemal do każdego kolorowego czasopisma nie dlatego, że wydawcy podjęli misję uczynienia z nas społeczeństwa koneserów filmowych, ale z prostego rachunku ekonomicznego: łatwiej jest sprzedać towary X i Y razem, niż osobno... Działania takie są z jednej strony dobre — za cenę czasopisma możemy sobie zarówno poczytać, jak i pooglądać, ale z drugiej strony ta nieograniczona popularyzacja prowadzi do nasycenia rynku tandetą — trudno bowiem znaleźć wśród tych „doklejanych” filmów ambitne pozycje. W konsekwencji doprowadzi to do bardzo typowego zjawiska ekonomicznego — łatwo dostępny kiepski produkt stanie się substytutem dla trudniej osiągalnego produktu ambitnego.
Artysta musi, w poszukiwaniu poklasku, wyjść ze swym dziełem do ludzi. Musi zrobić coś kontrowersyjnego, co pozwoli przebić się wśród tysięcy innych, mniej obrazoburczych prac. Nie jest nawet rzemieślnikiem — był nim Fidiasz i Michał Anioł. Współczesny twórca jest samozwańczym wizjonerem. Najprościej udowodnić taką tezę na przykładzie kreatorów mody — ludzie ci przecież także są artystami i wręcz prześcigają się w tworzeniu coraz to bardziej szokujących koncepcji. No właśnie — sztuka współczesna to nieustanny wyścig i pogoń za sławą i uznaniem.
Inna sprawa, że z braku czasu społeczeństwo odwraca się od sztuki w ogóle. To powoduje deprecjonowanie tego pojęcia i naginanie jego granic przez artystów. Czy ktokolwiek dziś jest w stanie podać jednolitą definicję sztuki? Dziś mamy taką sytuację, że sztuką jest wszystko to, co za sztukę uznamy. Może to być obraz i rzeźba, ale także dziura w ścianie i kałuża na podłodze. Nie ma już żadnych granic, publiczność zniesie wszystko. Znajdą się też kolekcjonerzy, „koneserzy pseudoawangardy”, którzy za tego typu instalacje zapłacą majątek.
Demokracja jest potężnym narzędziem do omamiania społeczeństwa. Wolność słowa i czynu niesie ze sobą groźbę nasilenia pewnych zjawisk, które w krótkim czasie mogą przynieść rozmaite patologie — na przykład takie, jakich doświadczyć możemy idąc na wystawę lub do kina. Przemysł artystyczny, masowa produkcja tandetnych wariacji na temat sztuki minionej, jest już na takim etapie rozwoju, że raczej nikomu nie uda się już tego zawrócić. Podobno jednak zawsze po recesji przychodzi czas rozkwitu, więc pozostaje nam chyba tylko żyć tą nadzieją...
Wrocław, 4 listopada 2004r.
koniec
18 grudnia 2004

Komentarze

27 I 2021   08:19:31

Fajne

27 I 2021   12:00:00

@2NoElo123

Dzięki za komentarz, bo dzięki niemu przeczytałam ten tekst. Zgadzam się niestety, brak kanonu zrujnował sztukę.

Choć sądzę, że całkiem jeszcze nie upadło wszystko - są portale typu ArtStation czy DeviantArt gdzie masa zdolnych ludzi publikuje swoją sztukę - taką, która pokazuje umiejętności autora i jest po prostu piękna.
Taki przykład:
https://www.deviantart.com/wlop/art/Piano-1-854920419
https://www.deviantart.com/art-bat/art/20200212-Snow-19x28-830280149

27 I 2021   20:12:59

Die Ausstellung "Entartete Kunst" ("wystawa sztuki zdegenerowanej"), Niemcy, 1937. Autor tekstu pewnie byłby zachwycony. Sztuka nie upada, tylko jej akademicki nurt odjeżdża od, że tak powiem, codziennego. W galeriach komercyjnych nadal pełno jest przepięknych obrazów :-)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Wschód słońca znad pasma Skrzycznego, widziany spod schroniska na Stożku<br/>fot. Marcin Grabiński

Włóczykije: GSB – Etap 21: Stożek - Ustroń
Marcin Grabiński

26 II 2021

Każdy z 21 etapów mojego Głównego Szlaku Beskidzkiego ma swoją literkę – sponsora. Dla etapu 21go jest nią K jak KONIEC.

więcej »
Fragment szlaku pod Baranią Górą<br/>fot. Marcin Grabiński

Włóczykije: GSB – Etap 20: Węgierska Górka – Stożek
Marcin Grabiński

19 II 2021

Każdy z 21 etapów mojego Głównego Szlaku Beskidzkiego ma swoją literkę – sponsora. Dla etapu #20 jest nią Ś jak Śląski Beskid.

więcej »
Łańcuchy pod Romanką<br/>fot. Marcin Grabiński

Włóczykije: GSB – Etap 19: Hala Miziowa – Węgierska Górka
Marcin Grabiński

12 II 2021

Każdy z 21 etapów mojego Głównego Szlaku Beskidzkiego ma swoją literkę – sponsora. Dla etapu 19-go jest nią Ż jak Żywiecki Beskid. Wszystko co ważne ma w sobie „ż”, Beskid też :)

więcej »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.