Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 16 września 2019
w Esensji w Esensjopedii

Dick, religijny fantasta

Esensja.pl
Esensja.pl
Lech Jęczmyk
Maturę zdał w roku śmierci generalissimusa Stalina. Z konieczności studiował rusycystykę, bowiem z opinią wystawioną mu przez szkolny Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej – podpisaną zresztą przez… Jacka Kuronia – nie chciano przyjąć go na żadne inne studia. Dla zachowania równowagi duchowej trenował judo; do roku 1969 był nawet w kadrze narodowej Polski. W międzyczasie zainteresował się współczesną literaturą amerykańską; przetłumaczył na polski wiele kultowych powieści: m.in. Josepha Hellera, Thomasa Bergera, Kena Kesey’a, Kurta Vonneguta… Jest największym w Polsce znawcą twórczości Philipa K. Dicka i zarazem najlepszym translatorem jego dzieł.

O końcu świata, objawieniu Bożym, literaturze fantastyczno-naukowej, geniuszu i szaleństwie rozmowa z Lechem Jęczmykiem.

Lech Jęczmyk

Dick, religijny fantasta

Maturę zdał w roku śmierci generalissimusa Stalina. Z konieczności studiował rusycystykę, bowiem z opinią wystawioną mu przez szkolny Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej – podpisaną zresztą przez… Jacka Kuronia – nie chciano przyjąć go na żadne inne studia. Dla zachowania równowagi duchowej trenował judo; do roku 1969 był nawet w kadrze narodowej Polski. W międzyczasie zainteresował się współczesną literaturą amerykańską; przetłumaczył na polski wiele kultowych powieści: m.in. Josepha Hellera, Thomasa Bergera, Kena Kesey’a, Kurta Vonneguta… Jest największym w Polsce znawcą twórczości Philipa K. Dicka i zarazem najlepszym translatorem jego dzieł.

O końcu świata, objawieniu Bożym, literaturze fantastyczno-naukowej, geniuszu i szaleństwie rozmowa z Lechem Jęczmykiem.
Sebastian Chosiński: Tytuł rubryki, którą przez lata [do sierpnia 2003 roku – przyp. SCh] prowadził Pan w miesięczniku „Nowa Fantastyka”, nosząca tytuł „Nowe średniowiecze”, sugeruje, że ponownie przyszło nam żyć w „wiekach mroku”. To dość przewrotna teza jak na początek XXI wieku…
Lech Jęczmyk: Takie było założenie. Tytuł zapożyczyłem z książki rosyjskiego filozofa Mikołaja Bierzajewa, który – działając w latach 20. i 30. ubiegłego wieku – użył tej nazwy na określanie czasów, które dopiero miały nadejść. Dzisiaj elementy schyłkowe zachodniej cywilizacji dostrzegane są już także przez innych myślicieli. Bez większego trudu można więc dostrzec analogie historyczne. Np. ograniczanie przestrzeni publicznej – to, co kiedyś było ogólnodostępne, teraz staje się okratowane, otoczone murem; prywatne policje zaczynają przeważać nad policjami państwowymi; kryzys systemów prawnych, wszechwładna korupcja – to cała masa szczegółów!
Zaskoczyło mnie kiedyś zdanie jednego z historyków, który – opisując czasy upadku Cesarstwa Rzymskiego – powiedział, że „ulice i domy miast pokryły się graffiti”. Ale to, co najważniejsze, to zanik idei: szkieletem każdej cywilizacji jest bowiem kultura, z kolei sercem kultury jest religia, czyli – zanik religii zwiastuje zapaść duchową.
SCh: Fantastyka naukowa przez wielu uważana jest za ubogą siostrę literatury „głównego nurtu”. Nawet niektórzy pisarze SF wyrażają takie przekonanie. Bierze się to z kompleksów?
LJ: To zjawisko czysto amerykańskie, którego nie należy przenosić na inne kultury. Amerykańska literatura fantastyczna rzeczywiście wyrosła z rynsztoka; wzięła się z pisemek wydawanych po amatorsku, na kiepskim papierze. Poziom tych „dzieł” najczęściej odpowiadał ich „walorom” edytorskim. Za słowo płacono twórcom trzy centy, co było prawdziwym dziadostwem. Autorzy byli niedouczeni, często porzucali szkoły; nie brakowało wśród nich żydowskich emigrantów z Europy (taki Robert Sheckley przybył do Stanów gdzieś z Polski, a Isaac Assimov z Odessy).
Nie można tego natomiast powiedzieć o fantastyce angielskiej, rosyjskiej, polskiej czy japońskiej. Herbert George Wells, Jerzy Żuławski, Stanisław Lem czy bracia Strugaccy na pewno nie mieli z tej przyczyny, że pisali książki fantastyczno-naukowe, żadnych kompleksów. Poczucie odrębności SF to import z Ameryki, gdzie literatura ta przez lata rozwijała się w swoistym getcie. Ci ludzie mieli jednak w większości ogromne ambicje, entuzjazm, napęd, zafascynowani byli przemianami następującymi we współczesnym świecie. I to po części spowodowało, że na tym śmietniku wyrosły kwiaty.
SCh: O Dicku napisano, że to „twórca tandetnych arcydzieł”, „katorżnik w kopalni kamienia filozoficznego”, w końcu – „Dostojewski science fiction”. Jakie zatem zajmuje on miejsce w historii literatury, nie tylko SF?
LJ: Odkryli go i uznali za wielkiego pisarza Francuzi. Tak się często zdarza, że z perspektywy pewne rzeczy wyglądają zupełnie inaczej. To przecież stara prawda, że „nikt nie jest prorokiem we własnym kraju”. Chociażby William Faulkner, ceniony w Europie, w USA był uważany za pisarza folklorystycznego z południa kraju. Pozycję Dicka utrwaliła krytyka europejska i japońska; dziś jednak budzi on już ogromne zainteresowanie na całym świecie – niewielu jest pisarzy mających tak pokaźną ilość stron w internecie. W samej Polsce powstało już co najmniej kilka prac magisterskich na jego temat (sam miałem – jako nieformalny konsultant – do czynienia z pięcioma). Oznacza to, że Dick jest akceptowany na uczelniach: ma „swoich” studentów, magistrów, a więc w przyszłości ma również szanse mieć „swoich” profesorów…
SCh: Jak doszło do Pańskiego „spotkania” z pisarzem?
LJ: Znałem już wtedy polskie tłumaczenie „Ubika”, który bardzo mi się spodobał. Kiedy więc zacząłem w „Czytelniku” wydawać „Serię z kosmonautą”, doszedłem do wniosku, że Dick musi mieć tam swoje miejsce. Wydałem więc najpierw „Słoneczną loterię”, a potem – już we własnym tłumaczeniu – „Człowieka z Wysokiego Zamku”. Tak się, trochę prozaicznie, zaczęło.
SCh: W roku 1978 w notatkach, przez samego Dicka określanych mianem „Ezgegezy”, zapisał on: „Moje życie jest dokładnie takie, jak fabuła dowolnej z moich powieści albo opowiadań”. Był więc szalony?
LJ: Jeśli zna się jego psychikę i koleje losu, widać, iż zdarzały mu się w życiu rzeczy, które wcześniej opisał w książkach. Dopiero po latach przyszło mu co nieco z tego wszystkiego zrozumieć. Trudno go podejrzewać o powiązania ex-post, choć oczywiście nigdy już nie poznamy całej prawdy, jak i nie poznał jej sam pisarz.
SCh: „Bóg wystrzelił w moim kierunku promień różowego światła – prosto w głowę, między oczy. Głowa bolała mnie przez kilka dni” – tak Dick opisuje w „Valisie” swoje mistyczne objawienie. Naprawdę wierzy Pan, że dane mu było nawiązać kontakt z jakąś istotą nadprzyrodzoną?
LJ: On to rzeczywiście przeżył, ale nie wiadomo, pod co lub do czego się „podłączył”. Mniej więcej coś takiego przeżywa człowiek, który – mając zamknięte oczy – uderza w coś głową: wie, że walnął, ale nie wie, w co. W każdym razie działy się z nim później różne zjawiska. Niektóre mają charakter obiektywny, weryfikowalny; zaczął np. rozumieć starożytną grekę (koine), chociaż nigdy się jej nie uczył; nagle objawiła mu się łacińska nazwa jednostki chorobowej jego syna, co następnie potwierdzili lekarze i dzięki temu uratowali chłopakowi życie. Dick był mimo to bardzo zdroworozsądkowy – dopuszczał możliwość własnej choroby psychicznej, szukając racjonalnych wytłumaczeń tego, co się wokół niego i z nim działo.
SCh: Kilka z jego powieści to bezsprzecznie arcydzieła science fiction. Dlaczego zatem tak długo musiał czekać na uznanie krytyków?
LJ: Ponieważ nie mieścił się w żadnej szufladzie. Amerykańska literatura SF szła swoją drogą, bardzo długo nie miała kontaktu z „głównym nurtem”, co działało zarazem na jej korzyść, jak i niekorzyść. Do tego nurtu Dick nie pasował, był inny. Nie dostawał nagród ani od czytelników, ani od innych pisarzy. Był odludkiem. By to zrozumieć, trzeba jednak znać specyfikę Stanów Zjednoczonych, gdzie jeden pisarz mieszka do drugiego niekiedy o tysiąc kilometrów, nie zaś – jak np. w Warszawie – całe stado na jednej ulicy. A były to przecież jeszcze czasy, kiedy żaden pisarz nie posługiwał się komputerem, nie było też internetu…
Krytycy nowojorscy przez całe lata w ogóle nie zdawali sobie sprawy z istnienia kogoś takiego jak Dick. Dopiero gdy znalazł uznanie w Europie, zaczęto zastanawiać się w Stanach, co to za jeden.
SCh: Można uznać go za pisarza, który zrewolucjonizował współczesną literaturę fantastyczno-naukową?
LJ: Nie! Ponieważ był zjawiskiem jednostkowym i takim pozostanie, mimo że ma naśladowców. Michael Bishop napisał nawet, wydaną także w Polsce, powieść „Tajemne wniebowstąpienie” – o pośmiertnym życiu Dicka, co jednak nie oznaczało wcale zaczątku jakiegoś nurtu.
Twórczość Dicka to wypadkowa geniuszu i szaleństwa; żeby pisać, jak on, trzeba być równie genialnym i równie szalonym, a to się niezwykle rzadko zdarza. Poza tym fantastyka Dicka jest jedyna w swoim rodzaju: on nie wałkuje hipotez naukowych, nie entuzjazmuje się podbojem kosmosu; korzysta jedynie z gadżetów science fiction, ale najbardziej interesuje go poszukiwanie prawdy, stawianie pytań: gdzie jest Bóg? I jak się do Niego dostać?
SCh: Dlaczego wciąż tak rzadko po twórczość Dicka sięgają filmowcy?
LJ: W Europie generalnie mało kręci się filmów science fiction. A w Ameryce? Podejrzewam, że to dlatego, iż hollywoodzcy reżyserzy są mało oczytani. Mogą po prostu nie znać jego książek. Proszę też zwrócić uwagę na to, że nawet w czołówkach „Blade Runnera” i „Total Recall” nazwisko pisarza się nie pojawia. Skąd więc mają wiedzieć w Hollywood, że taki twórca istnieje?…
SCh: W Pana dokonaniach translatorskich Dick to już chyba zamknięty rozdział?…
LJ: Jego kanon został już przełożony na polski. Ja obrałem sobie za punkt honoru przetłumaczenie tzw. „Trylogii VALISa”, co mi się udało. Po „Bożej inwazji”, „Valisie” i „Transmigracji biskupa Archera” – cóż jeszcze można by przełożyć?…
koniec
19 maja 2004
Rozmowa odbyła się już jakiś czas temu. Stąd w wypowiedziach p. Jęczmyka brak powołania się na trzy nowe filmowe adaptacje dzieł Dicka: „Minority Report”, „Impostor” i „Paycheck”. Czy one jednak coś w Hollywood zmieniły? Śmiem wątpić!

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Jacek Sikora, TOO MUCH OF YOU, acrylic on canvas, 80×100cm, 2016

W końcu wiem, co chciałbym pokazać
Jacek Sikora

1 XII 2016

Jacek Sikora – malarz, aktor, podróżnik. Twórca sennych krajobrazów, nostalgicznych portretów, monochromatycznych aktów. Jego twórczość sytuuje się na pograniczu figuratywności i abstrakcji, statyczności i dynamiki, subtelności i ekspresji. Esencją jego prac, w których temat podporządkowuje się kompozycji, jest niezmiennie rozedrgana materia oraz gra świetlnych refleksów. O ewolucji warsztatu malarskiego, wpływu podróży na charakter sztuki oraz plany związane z dalszą działalnością artystyczną (...)

więcej »
Fot. za facebook.com

Ukryte znaczenia
Jadwiga Maj

30 IX 2016

O swoim malarstwie artystka rozmawia z Różą Jachyra.

więcej »

Cyniczna chęć uczynienia świata bezpieczniejszym
Andrew Bovell

29 X 2014

„Po jedenastym września utraciliśmy zdolność do rozpoznawania niewinności. Jesteśmy zbyt podejrzliwi” – mówi australijski dramaturg i scenarzysta, Andrew Bovell, autor scenariusza do filmu „Bardzo poszukiwany człowiek” i dramatu „Językami mówić będą”.

więcej »

Polecamy

Wielka historia i jeszcze większa nie-historia

Miejsca, które warto odwiedzić:

Wielka historia i jeszcze większa nie-historia
— Wojciech Gołąbowski

Palisada nad Olzą
— Wojciech Gołąbowski

Małysz w drewnie i czekoladzie
— Wojciech Gołąbowski

Jurajskie Betlejemowo
— Wojciech Gołąbowski

Co dwa młyny to nie jeden
— Wojciech Gołąbowski

Dziewczyna z końskim ogonem w garści
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Skrawek Japonii na ziemi oświęcimskiej
— Wojciech Gołąbowski

Osiemset lat w 4½ godziny
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Fauna i flora morska na Podbeskidziu
— Wojciech Gołąbowski

Tajemnice wschodniej strony Wisły
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

W trakcie

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.